Czy działać, jeśli podejrzewam, że osoba, którą znam ma depresję?

Depresja ma wiele twarzy. Jej objawy nie zawsze są dla nas jednoznaczne. Łatwo ją zbagatelizować, nie dostrzec, uznać że stany, które jej towarzyszą to tylko skutek życia „w strasznym świecie”, bycia w „stresującej pracy”, efekt tkwienia w związku z „rozczarowującym małżonkiem”. Trudno zdiagnozować depresję, gdy to właśnie my sami trwamy w jej środku, kiedy to nas dotyka.

Na depresję można cierpieć latami nie zdając sobie z tego sprawy. Można w swój depresyjny sposób działania wciągnąć całą rodzinę. W tak stworzonej „matni” bliscy również tracą umiejętność rozpoznania prawdziwych przyczyn bólu i trudności chorej osoby. Są skłonni uznać ją za kogoś, kto wyolbrzymia swoje problemy, za egoistę pogrążonego we własnych, sztucznie tworzonych problemach, za człowieka z „trudnym charakterem”. Takich sposobów wyjaśniania niekonstruktywnych zachowań chorego na depresję może być wiele. Dopóki jednak nie pojawi się ta właściwa diagnoza, nie jest możliwe uzyskanie adekwatnej pomocy i doświadczenie ulgi przez osobę chorą na depresję.

Dlatego tak ważna jest pomoc tych, którzy są blisko, a jednak poza tym depresyjnym system. Jeśli w twoim otoczeniu jest ktoś, kto według ciebie potrzebuje pomocy – rozważ czy nie zadziałać (czy nie porozmawiać, podpowiedzieć gdzie można uzyskać pomoc, powołać się na konstruktywne przykłady osób, które podjęły leczenie). To często dla osób pogrążonych w depresji jedyny sposób na to, żeby ruszyć w kierunku zmiany.

Zachęcam do przeczytania krótkiej wypowiedzi Pani E., dla której początkiem jej drogi wyjścia z choroby były słowa kuzynki: „Masz depresję. To trzeba leczyć.”

Gdzie byłabym dziś gdybym nie zgłosiła się na terapię psychologiczną rok temu? Dokładnie nie wiem, ale na pewno stałabym przed ścianą i waliła w nią głową, bez szans na lepsze, za to z poczuciem beznadziejności. Bo po tylu latach borykania się z depresją (o czym dowiedziałam się potem), problemami w życiu i kłopotami w małżeństwie, wyjścia wtedy nie widziałam. Żadnego.

Każde wydawało mi się niedobre. Brak było czasami sił na otworzenie rano oczu, co dopiero na podjęcie decyzji które rozwiązanie jest dobre, które wyciągnie mnie z tej matni, tego stanu w którym każda minuta egzystencji bolała coraz bardziej.

Były dni, kiedy rozwiązania po prostu znikały, rozmywały się w mojej głowie, a depresja brała górę. Cztery porody, czwórka dzieci, obciążający zawód, moja chęć do bycia perfekcjonistką, słowa męża i teściowej „weź się w garść, inni mają gorzej, ludzie są poważnie chorzy” niczego nie ułatwiały. Ani mnie, ani im samym, bo przecież oni nie rozumieli z czym ja się borykam, a co oni muszą oswajać. A ja byłam, ja jestem chora przecież. Mam depresję. Teraz to wiem, mówię to głośno i wyraźnie, ale wtedy nie przyszło mi to do głowy przecież. Ja, z wykształceniem medycznym, oczytana, dążąca do ideału dałam się depresji oszukać.

Swoje życie, tak nie waham się tak napisać, zawdzięczam mojej kuzynce M. „Stara, ty masz depresję. Idź do psychiatry i na psychoterapię”, walnęła mi prosto z mostu. Bo ona już wiedziała z czym depresję się je. Już wiedziała co i jak, bo była w trakcie terapii. M. uratowała mi życie psychiczne wtedy, potem ratował je psychiatra i psycholog.

Nie powiem że było, że jest łatwo w terapii, że terapeuta przyłoży plasterek na kolanko i pogłaszcze po główce, a ty wyjdziesz radosna i uleczona. Wiesz przecież że tak to nie działa. To trudny dla ciebie proces, niemalże „obdzierania ze skóry”, pełen bólu i płaczu, tęsknoty za czym sam nie wiesz, grzebania w przeszłości, zderzania się z demonami i szukania w głowie czegoś, czego ty nie jesteś w stanie nazwać. Chaos na początku.

Ale w moim przypadku, im bardziej terapia na początku sprawiała chaos w mojej głowie, tym bardziej miałam wrażenie, że ten chaos mnie wyzwoli. I z biegiem czasu mojej terapii tak było. Pracowałam ciężko, pracowała ciężko terapeutka, ale obu nam udało się poupychać wszystko na swoim miejscu. Siedzą te „moje sprawy” na tym swoim miejscu. Niektóre bardzo poukładane, niektóre tylko przejrzane, niektóre jeszcze nawet nie oswojone. Ale są na swoich półkach i już nie mieszają mi tak bardzo w głowie 🙂

Jestem spokojniejsza, wiem czego chcę, wiem czego nie zdzierżę, wiem jaka jestem. Moje otoczenie odetchnęło z ulgą, ono też przecież chorowało.

Nie, nie jestem wyleczona, jestem świadoma siebie, świadoma swoich emocji, pragnień. Wiem co ze mną robią i potrafię nimi zarządzać. Mam nadzieję że taki stan potrwa długo. Nie na wszystko mam wpływ, ale na siebie już tak.

E.

Czy można samemu sobie zrobić psychoterapię?

Anna ma 30 lat i jest nieszczęśliwa, ale nie wie dlaczego. Co więcej, w zasadzie odkąd pamięta, czuła się podobnie. Już mając 23 lata, zmęczona cierpieniem uznała, że potrzebuje podjąć konkretną pracę nad sobą. Rozważała pójście do psychoterapeuty. Zdecydowała, że rozpocznie terapię po zakończeniu studiów. Nauka dobiegła końca, Anna odebrała dyplom, czas mijał. Pomysł przekroczenia progu gabinetu specjalisty jakoś tak się oddalał stale. A to pieniędzy za mało, a to pracy za dużo, a to to, a to tamto. W końcu kobieta wymyśliła, że przecież może zrobić sobie terapię sama. Wszak nie święci garnki lepią. Zaopatrzyła się w stos najprzeróżniejszych poradników. I zaczęła je pochłaniać. Po przeczytaniu sporej ilości lektur, postawiła sobie diagnozę. Uznała, że powinna zdecydowanie bardziej zaopiekować się swoim wewnętrznym dzieckiem. Zgodnie z zaleceniem przeczytanym w podręczniku rozmawiała z nim regularnie i – jak mniemała – była z nim w kontakcie. Tak bardzo chciała mieć poczucie, że poradziła sobie samodzielnie, że gdy pojawiały się w niej ból, gniew i strach, nie pozwalała im wydostawać się na zewnątrz. Przykrywała te emocje szczelnie grubą pierzyną pozornej szczęśliwości i dobrego humoru. Anna w ten sposób upewniała siebie, ze wszystko jest w porządku a ona sama kontroluje sytuację.

Wydawało się jej (bardzo siebie do tego przekonała), że w taki właśnie sposób poprawiła swoje życie.

Co dzieje się z Anną na prawdę – czyli o tym, czego Anna o sobie nie wie?

Anna nosi w sobie całe morze lęku (lęk to inne doświadczenie niż strach). Dlatego potrzebuje nadkontrolować rzeczywistość, żeby mieć choćby cząstkę poczucia, że jej świat jest przewidywalny, przez to bezpieczny.

Oddanie się w ręce terapeuty (powierzenie mu swoich „sekretów”/zaufanie/dopuszczenie do sytuacji, w której musiałaby zrezygnować na chwilę z kontrolowania choćby kawałka swojej rzeczywistości) to dla niej perspektywa budząca bardzo duży dyskomfort.

Anna nie miała żadnej bliskiej i dobrej relacji w swoim dzieciństwie. Jej mama była opiekuńcza i troskliwa, ale… psychologicznie nieobecna. Karmiła, ubierała, lecz nie „widziała” córki. Nie stworzyła z nią głębokiej więzi. Taty – w sensie psychologicznym – nie było w ogóle. Na poziomie świadomości Anna postrzega jednak relacje z rodzicami w wyidealizowany sposób.

W związku z tym wielkim brakiem z dzieciństwa – brakiem psychologicznej więzi (która jest wszak czym innym niż zależność, tradycja, przyzwyczajenie do rytuałów rodzinnych, życzliwość itp., które można również przeżywać w relacji z rodzicami), Anna bardzo boi się być blisko innych ludzi. Spotykając nowe osoby stawia mur dystansu lub chowa się za barykadą gadulstwa i pozornej wesołości, w środku drżąc.

Spotkanie sam na sam z terapeutą, który jest obecny psychologicznie, który słucha, jest uważny to dla kobiety perspektywa wzbudzająca silny lęk.

Dlatego Anna woli „sama sobie robić psychoterapię”. Unika dzięki temu bardzo niekomfortowej dla siebie sytuacji.

Faktycznie, jedną z dobrych praktyk, które pomogłyby Annie odzyskać kontakt ze sobą jest technika (to tylko technika! nie cel całej pracy) nawiązania kontaktu z tzw „wewnętrznym dzieckiem”.

Anna rozumie ideę owej techniki, wykonuje zalecenia opisane w podręczniku, ale to niestety jedynie mechaniczne powtarzanie ćwiczenia, które niczego nie jest w stanie zmienić. Kobieta nadal nie ma kontaktu ze sobą. Co więcej sama, bez obecności drugiej osoby, nie jest w stanie się go „nauczyć”. To równie niemożliwe, jak władanie językiem, którego nigdy się nie słyszało.

Anna bardzo mocno przekonuje samą siebie, że sobie poradziła. Faktycznie jednak powieliła swój schemat funkcjonowania. Dokładnie ten sam schemat, który sprawia, że czuje się tak bardzo nieszczęśliwa.

Rozwiązaniem dla Anny mogłaby być psychoterapia, na której kobieta miałaby szansę zdobyć większą świadomość swojego sposobu działania. A przede wszystkim, na której mogłaby doświadczyć dobrej, bezpiecznej relacji z terapeutą, czyli dostać to, czego w zasadzie nie dostała od swojej mamy. Taka praca miałaby szansę przynieść Annie ogromną ulgę i bardzo złagodzić jej lęk. Gdyby tylko kobieta zdecydowała się na szalony krok wyjścia ze swojego schematu i zaufania drugiej osobie.

Czy można samemu sobie zrobić psychoterapię?

Z całym pragnieniem, żeby świat stawał się lepszy a ludziom – możliwie największej ilości – żyło się dobrze samym ze sobą i z innymi; z całym pragnieniem, żeby dobrych skutków terapii mogło doświadczyć jak najwięcej osób na świecie i żeby była ona masowo dostępna, niestety muszę odpowiedzieć, że psychoterapia przeprowadzana samemu sobie nie jest możliwa.

Możliwa jest samodzielna praca nad sobą.

Możliwe jest samodzielne poszerzanie wiedzy psychologicznej.

Możliwa jest do pewnego stopnia autoobserwacja, poszukiwanie psychologicznych przyczyn swoich zachowań (w pewnym stopniu) oraz korygowanie własnych zachowań.

Możliwe jest wzrastanie poprzez praktyki związane z wiarą (choć to już obszar duchowości).

Natomiast nadal żadna z tych prac nie będzie psychoterapią i nie przyniesie rezultatów charakterystycznych dla psychoterapii.

Czym jest zatem psychoterapia?

Psychoterapia NIE jest rodzajem intelektualnego rozbioru psychologicznego własnej osoby. A w każdym razie rozumowy ogląd swojego funkcjonowania nie jest główną funkcją psychoterapii. Nie polega ona też na wygłaszaniu przez terapeutę analiz zachowań klienta, robieniu mu wykładów z „niego samego” (klienta) a następnie na przedstawieniu pacjentowi pakietu rad wobec jego życia. Nie. Fundamentem psychoterapii jest SPOTKANIE. Spotkanie podczas, którego obecny całym sobą psychoterapeuta wsłuchuje się w to co mówi klient i za pomocą narzędzi komunikacji oraz technik specyficznych dla danego nurtu terapeutycznego, pomaga klientowi zobaczyć siebie samego (klienta). Terapeuta jest lustrem, w którym osoba pracująca w psychoterapii może się przejrzeć, zrozumieć swoje funkcjonowanie. Dzięki temu zrozumieniu siebie pacjent jest w stanie dotrzeć do swoich prawdziwych potrzeb, jaśniej zobaczyć swoje własne cele oraz zaplanować a następnie realizować dobrą zmianę/zmiany w swoim życiu.

Obecność specjalisty ma swoje terapeutyczne funkcje również dlatego, że towarzyszy on klientowi w niełatwej podróży w głąb siebie – w podróży do bolesnych doświadczeń, które wymagają nazwania i zaopiekowania. Terapeuta pomaga klientowi dotrzeć do miejsc bólu, nazwać je w dorosły sposób (zobaczyć je oczami dorosłego a nie oczami dziecka, którym klient był, gdy ich doświadczał), czasem przewartościować, ułożyć w sobie. A to wszystko po to, żeby owe „traumy” już nie wracały. Żeby nieuświadomione nie miały mocy kierowania obecnymi decyzjami, wyborami, zachowaniem, relacjami pacjenta.

Rezultaty charakterystyczne dla psychoterapii to pogłębienie świadomości samego siebie (to coś innego, niż zdobycie wiedzy psychologicznej o wewnętrznych procesach) oraz wypracowanie realnej (głębokiej, sięgającej warstwy emocji a nie tylko zachowań) zmiany tego obszaru życia, na zmianę którego zdecyduje się klient. Dobrze i gruntownie przepracowana terapia potrafi przynieść prawdziwą ulgę – nie tylko uczy nowych sposobów funkcjonowania, ale również skutecznie odciąża od balastu wewnętrznych konfliktów, zranień, bólu, które to potrafią uczynić życie… trudnym doświadczeniem.

W terapii jest również miejsce na tak zwaną psychoedukację. Czyli rodzaj „lekcji psychologii”. Terapeuta może robić miniwykłady lub zachęcać klienta do zapoznania się z konkretną lekturą. Te działania nie są jednak jądrem procesu terapeutycznego a jedynie jego wsparciem na pewnym etapie pracy. Wiedza psychologiczna może bowiem pomóc w dążeniu do zmiany i pogłębieniu samoświadomości pacjenta, ale sama w sobie nie ma waloru terapeutycznego. Stąd też rozczarowanie wielu osób, które twierdzą, że „ten poradnik” lub „żaden poradnik nie pomógł im w wypracowaniu trwałej zmiany”. Praca z książką lub poradnikiem, to praca na poziomie intelektualnym. Praca w terapii sięga dużo głębiej – do warstwy emocji.

Podsumowując: samemu nie da się przeprowadzić sobie terapii, gdyż nie polega ona jedynie na intelektualnym rozpoznaniu procesów psychologicznych zachodzących wewnątrz siebie, ale na pracy w warstwie emocji dokonującej się podczas szczególnego rodzaju SPOTKANIA z wykwalifikowaną do prowadzenia terapii osobą.

Więcej o SPOTKANIU

Chcę jeszcze chwilę pochylić się nad kwestią owego SPOTKANIA. Na czym ono polega? Czy to jakieś „czary”, „metafizyka”, „alchemia”. Bynajmniej. To forma obecności psychoterapeuty wobec pacjenta, oparta na konkretnych zasadach. Owe zasady wynikają z przesłanek naukowych oraz doświadczeń praktyki psychoterapeutycznej. SPOTKANIE to – mówiąc odhumanizowanym nieco językiem nauki – „metodyczny sposób bycia” terapeuty wobec klienta, dzięki któremu możliwe jest osiągnięcie celów psychoterapii.

SPOTKANIE, które celowo zapisuję wielkimi literami jest czym innym niż widzenie się, pogawędka, intelektualna wymiana myśli. To rodzaj OBECNOŚCI psychoterapeuty wypełniony AKCEPTACJĄ, odejściem od oceniania na rzecz ROZUMIENIA, EMPATIĄ – która jest rozumiana jako stałe dążenie do wczuwania się w emocje klienta. Warunkiem SPOTKANIA jest również pełna AUTENTYCZNOŚĆ psychoterapeuty. Autentyczność zaś realizuje się poprzez budowanie REALNEJ RELACJI z klientem. Oznacza to całkowitą rezygnację ze „schowania się za fasadę roli psychoterapeuty”, bycie sobą – autentyczną, prawdziwą osobą.

A po co to wszystko? Ta OBECNOŚĆ, AKCEPTACJA, ROZUMIENIE, EMPATIA, AUTENTYCZNOŚĆ?

Odpowiedź na to pytanie przynosi psychologia rozwojowa i osobowości. Otóż osobowość człowieka kształtuje się dzięki obecności innych ludzi w procesie wychowania. Oznacza to ni mniej ni więcej, że gdyby ktoś z nas wychowywał się na pustyni (gdyby możliwe było przeżycie na pustyni bez opieki dorosłej osoby) i nie poznał żadnego człowieka, nie wiedziałby kim jest. I to nie tylko dlatego, że otoczony wydmami i stadem dzikich zwierząt nie miał by szansy usłyszeć ludzkiego języka obwieszczającego jego tożsamość. Ale dlatego, że nie miałby możliwości zobaczenia siebie samego dzięki spotkaniu z drugą osobą. Każdy człowiek kształtuje siebie dzięki obecności, wchodzeniu w relacje z innymi ludźmi.

Osobami, które kształtowały nas byli w największej mierze nasi rodzice. To w spotkaniu lub nie-spotkaniu z nimi (brakiem ich obecności lub w ich obecności, która nie była bezpieczna) każdy z nas nauczył się widzieć siebie (lub nie widzieć), w określony sposób odbierać swiat, w określony sposób przeżywać swoje relacje z innymi ludźmi. Osobowość każdego z nas została ukształtowana poprzez te pierwsze kontakty z naszymi opiekunami.

Nie zawsze pierwsze doświadczenia „bycia w kontakcie” są bliskie ideałowi. A nawet te bardzo dobre mają na ogół jakieś drobne zadrapania.

Dlatego, żeby móc doświadczyć głębokiej zmiany (w warstwie emocji, postaw, sposobu wchodzenia w relacje, itd), zobaczyć siebie prawdziwego, zyskać samoświadomość, my ludzie potrzebujemy dobrej, bezpiecznej, pełnej akceptacji obecności drugiego człowieka, który dodatkowo będzie świadomy procesów, które w nas zachodzą i będzie w stanie świadomie towarzyszyć nam w procesie wewnętrznej zmiany.

Podsumowując: Terapii nie da się przeprowadzić samemu. Podstawą terapii jest SPOTKANIE. Spotkanie to „metodyczny sposób bycia psychoterapeuty z klientem”, dzięki któremu pacjent:

  • jest w stanie lepiej zrozumieć siebie, zobaczyć siebie, dotrzeć do swoich prawdziwych potrzeb, „odkryć własną drogę”;

  • dzięki owemu poznaniu  jest w stanie wyznaczyć i zaplanować zmianę w swoim życiu;

  • ma szansę zbudować (przynajmniej w jakiejś części) bezpieczną relację, namiastkę więzi, której być może nie doświadczył w spotkaniu ze swoimi pierwszymi opiekunami.

Czy można samemu sobie zrobić psychoterapię? Nie można. Wiem – rozumiem, że dla niektórych osób to mało komfortowa perspektywa. Niemniej jednak – w kategoriach humanistycznych – to według mnie rzecz do głębi poruszająca. Bo oznacza, że mimo olbrzymiego rozwoju nauk i świata za oknem, zmieniającego się z sekundy na sekundę, my ludzie nadal potrzebujemy siebie nawzajem, żeby wzrastać, zmieniać się na lepsze, budować z miłością jedną z najbardziej misternych konstrukcji – własne wnętrze.

Katolik u psychoterapeuty? – wywiad z dominikaninem o. Tomaszem Gajem

Wywiad z ojcem Tomaszem Gajem przeprowadziła Urszula Lipner

Urszula Lipner: Czy mógłby Ojciec powiedzieć kilka słów o sobie? Czym się Ojciec zajmuje?

o. Tomasz Gaj: Jestem dominikaninem od prawie 20 lat, księdzem od 12 lat. Od wielu lat, praktycznie przez całe moje życie kapłańskie, towarzyszę najmłodszym braciom w Zakonie jako wychowawca. Obecnie mieszkam w warszawskim klasztorze na Służewie i jestem magistrem nowicjatu.

Urszula Lipner: Jak to możliwe, że jest Ojciec i zakonnikiem i psychoterapeutą?

o. Tomasz Gaj: Jeszcze przed święceniami kapłańskimi, będąc studentem teologii, udało mi się uczestniczyć w dwóch wykładach z zakresu psychologii poza naszym Kolegium. Zaciekawiło mnie to. Tak się zaczęło. Potem, gdy zostałem duszpasterzem powołań i zacząłem towarzyszyć młodym ludziom rozeznającym swoją drogę życiową, zobaczyłem, że brakuje mi podstawowych umiejętności budowania relacji pomagania. Dlatego zdecydowałem się na roczne, podyplomowe studium z zakresu pomocy psychologicznej. Po jego skończeniu nabrałem apetytu na więcej. Ówczesny przełożony zaproponował mi, żebym zrobił magisterium z psychologii. Tak się też stało i skończyłem studia magisterskie z psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, a później ukończyłem również czteroletnie studia podyplomowe z psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Tak zostałem psychoterapeutą, choć muszę dodać, że jest to zawód, który jest dodatkiem do mojego głównego powołania, jakim jest bycie zakonnikiem i księdzem.

Urszula Lipner: Zadałam pytanie o „profesje” trochę prowokacyjnie, żeby zrobić wstęp do ważnego tematu, o którym dziś rozmawiamy. A jest nim stosunek katolików do korzystania z usług psychoterapeuty. Istnieją bowiem nadal tacy członkowie Kościoła, którzy uważają, że pójście do terapeuty to rzecz niedobra. Do psychologii czy psychoterapii odnoszą się z dużą rezerwą, nieufnie lub wręcz niepochlebnie nazywają te dyscypliny „nową religią”. Zdarzyło mi się nawet słyszeć jak niektóre osoby związane z Kościołem przestrzegają przed korzystaniem z terapii jak przed czymś, co jest niebezpieczną alternatywą wiary w Boga i w Jego moc uzdrawiania. Spotkanie zakonnika, który jednocześnie jest terapeutą może szokować…

o. Tomasz Gaj: Zacznę od końca. Rzeczywiście niektórych szokuje. Niektórzy uważają, że niemożliwym jest łączenie bycia księdzem i psychoterapeutą jednocześnie. A są i tacy, którzy bardzo to cenią i szukają pomocy u księdza, który jednocześnie ma wiedzę dotyczącą duchowości i zjawisk psychologicznych. Z mojej perspektywy, czego jestem żywym przykładem, łączenie powołania kapłańskiego i profesji psychoterapeuty jest możliwe, choć nie zawsze łatwe. Świadomie używam tutaj dwóch różnych określeń – bycie księdzem i zakonnikiem to moje powołanie, a bycie psychologiem i psychoterapeutą to moja profesja. Wiele lat zajęło mi integrowanie tych dwóch dziedzin w mojej pracy. Obecnie psychologia pomaga mi w rozumieniu ludzi w kontakcie duszpasterskim, a bycie księdzem i zakonnikiem pozwala mi zrozumieć ludzi wierzących, którzy proszą mnie o pomoc psychoterapeutyczną.

Druga rzecz dotyczy stosunku katolików do korzystania z psychoterapii. Spotyka się w tym względzie bardzo dużą różnorodność czy wręcz skrajności – od bezkrytycznej akceptacji zdobyczy psychologicznych do lękowego ich unikania. Zacznę od tego, że nie ma żadnej wypowiedzi w oficjalnym nauczaniu Kościoła, która zabraniałaby korzystania z dorobku psychologii czy psychoterapii. W dokumentach Kościoła istnieje wiele zdań, na przykład w dokumentach dotyczących formacji początkowej przygotowujących się do kapłaństwa, które zachęcają do korzystania ze zdobyczy nauk o człowieku takich jak pedagogika czy psychologia. Oczywiście pozostaje kwestia rozsądku i rozeznania, aby korzystać z tego, co mądre, pomocne i aby korzystać rozsądnie. Rozsądnie, to znaczy chociażby to, że psychoterapia nie może zastąpić spowiedzi, a psychologia nie może stać się religią.

Istnieją też pewne zagrożenia w korzystaniu z psychoterapii. Dla przykładu wymienię: niekompetentny terapeuta, traktowanie terapii jako ekwiwalentu życia zamiast czasowej formy pomocy.

Urszula Lipner: Przejdźmy do meritum: Czy zechciałby Ojciec wyjaśnić czym jest psychoterapia? Gdyby mógł Ojciec choćby krótko opisać na czym to w zasadzie polega? To rzeczywiście jest forma „alternatywnej religii”? Może warto słowem wstępu zrobić również rozróżnienie między zawodem psychologa i psychoterapeuty. Te profesje są bowiem często mylone i nie wykluczone, że z tego również wynika sporo nieporozumień…

o. Tomasz Gaj: Znowu zacznę od końca czyli od rozróżnienia zawodu psychologa i psychoterapeuty. Psychologiem jest ktoś, kto ukończył magisterskie studia psychologiczne. Psychoterapeutą jest osoba, która skończyła studia wyższe (niekoniecznie psychologiczne) i została wyszkolona w jednej ze szkół psychoterapeutycznych. Szkolenie takie zazwyczaj trwa cztery lata i obejmuje wiedzę dotyczącą natury i genezy psychopatologii oraz umiejętności terapeutycznych pozwalających sobie z nimi radzić. Niestety w naszym kraju nie mamy jasnych, prawnych kryteriów dotyczących tego, kto jest psychoterapeutą. Do tej pory nie ma ustawy prawnej regulującej wykonywanie zawodu psychoterapeuty. Póki co poszczególne towarzystwa psychoterapeutyczne, których jest w Polsce bardzo wiele, mają swoje procedury szkolenia i certyfikowania terapeutów.

Czym jest psychoterapia? Istnieje wiele definicji i modeli psychoterapii. Najogólniej mówiąc psychoterapia jest formą pomocy psychologicznej, z której mogą korzystać ludzie doświadczający trudności w sferze psychologicznej. Może to być zarówno forma leczenia w przypadku zdiagnozowanych zaburzeń psychicznych, jak i forma wsparcia w rozwoju czy doraźnych kryzysach życiowych. Przytoczę tutaj definicję Norcrossa, która jedną z wielu definicji psychoterapii i krótko ujmuje jej istotę: „Psychoterapia jest świadomym i zamierzonym zastosowaniem metod klinicznych i interpersonalnych zabiegów, pochodzących ze sprawdzonych twierdzeń nauk psychologicznych, w celu towarzyszenia ludziom przy modyfikacji ich zachowań, właściwości poznawczych, emocji i/lub innych osobistych charakterystyk na takie, które wydają się uczestnikom tego procesu pożądane”. Podkreślę kilka rzeczy. Pierwsza – terapia musi być świadoma i przemyślana. Wyklucza to zatem sytuacje, o które czasem podejrzewani są terapeuci, że prowadzą terapię bez wiedzy zainteresowanego (np. na spotkaniu towarzyskim). Żeby zaistniała sytuacja terapeutyczna potrzebna jest świadoma i dobrowolna umowa między terapeutą i pacjentem (niekiedy nazywa się to kontraktem). Druga sprawa, to metody. Psychoterapia nie jest luźną, bezkierunkową rozmową, ale spotkaniem, podczas którego terapeuta w przemyślany sposób korzysta z metod sprawdzonych naukowo. Trzecia rzecz to zmiana. O jej kierunku decyduje sam pacjent, a nie terapeuta. Wyklucza to zatem sytuacje, w których pacjent, pod koniec procesu psychoterapii, stwierdza, że poszedł nie w tym kierunku, w którym chciał.

Istnieje wiele mitów i stereotypów dotyczących psychoterapii. Dla przykładu podam dwa. Pierwszy mówi, że terapia nie tyle rozwiązuje problemy, co tylko pozwala je zaakceptować. Osławiony jest już żart, w którym pacjent mający problem z moczeniem nocnym idzie na terapię i po jakimś czasie spotyka się ze znajomym, który go pyta: „I co? Pomogła ci terapia?”. „Tak” – słyszy odpowiedź. „Czyli już się nie moczysz?”. „Nie. Nadal się moczę, ale teraz jestem z tego dumny”. Jeśli terapia pozwala tylko zaakceptować dotychczasowe trudności i na tym się kończy, to nie jest dobra terapia. Dzisiejsze badania na temat mózgu pokazują, że aby mogła zaistnieć zmiana, to potrzebny jest nie tyle wysoki poziom akceptacji i spokoju, ale optymalny poziom lęku. Mówiąc najprościej: terapia nie polega tylko na wspieraniu i akceptacji, ale również na stawianiu wyzwań, które są sprężyną rozwoju. Drugi stereotyp: terapia polega na ciągłym „grzebaniu” w przeszłości, poszukiwaniu minionych traum, a przecież to, co było już minęło i nie da się tego zmienić. Takie „archeologiczne” podejście, gdzie odkrywa się kolejne warstwy przeszłości jest pewnym anachronizmem. Oczywiście, nasza przeszłość nie pozostaje bez znaczenia w naszym teraźniejszym funkcjonowaniu i nasze „dzisiaj” jest zakorzenione w naszym „wczoraj”. Jednak nie potrzebne jest wnikliwe, mozolne zagłębianie się w przeszłości, gdyż ona jest obecna w aktualnym funkcjonowaniu, zwłaszcza w sposobie wchodzenia w relacje. Tak więc sytuacja terapeutyczna, która jest intensywną i bliską relacją, stwarza możliwość odkrywania i modyfikowania wzorców budowania relacji, których pacjent się nauczył w swojej przeszłości.

Urszula Lipner: Czyli nie jest możliwe, że „terapeuta namiesza w głowie” (to cytat), że zasieje sercu ziarno „światopoglądowej trucizny”, że pozbawi człowieka jego własnego systemu wartości, przekonań, wiary?

o. Tomasz Gaj: Terapeuta powinien przestrzegać zasady neutralności. Oznacza to, że ze swojej strony ma się on starać, żeby nie indoktrynować swojego pacjenta. Psychoterapia służy temu, żeby pomóc pacjentowi odkryć jego własne rozwiązania, a nie przyjmować je od terapeuty. Jeśli terapeuta mówi pacjentowi co ma zrobić, a czego ma nie robić, to należy takiego terapeutę omijać szerokim łukiem.

Urszula Lipner: A czy mimo to psychoterapia może być zagrażająca dla osoby wierzącej? Czy istnieją – hipotetycznie – jakiekolwiek okoliczności, które mogą sprawiać, że katolik słusznie może obawiać się o swoje wewnętrzne dobra, przekonania?

o. Tomasz Gaj: Terapia może być zagrażająca dla osoby wierzącej jeśli jej wiara jest niedojrzała. Kiedyś słyszałem, że niektórzy boją się, że „terapeuta rozmontuje im wiarę”. Z mojej perspektywy nie tyle świadczy to o terapeucie albo o samej terapii co o słabości wiary. Jeśli psychoterapeuta jest w stanie rozmontować wiarę, to cóż to za wiara? Czy nie był to raczej jakiś miraż i iluzja, która niewiele miała wspólnego z prawdziwą, żywą, głęboką wiarą?

Urszula Lipner: Trochę tą rozmową staramy się pokazać i przekonać, że psychoterapia nie stanowi zagrożenia dla ludzi wierzących. A gdybyśmy spróbowali zmienić nieco pozycję i sprawdzić, czy przypadkiem nie jest tak, że terapia nie dość, że nie jest niebezpieczna, to – więcej – może być szansą na wzmocnienie wiary, na poprawę relacji z Panem Bogiem?

o. Tomasz Gaj: Znam przypadki, w których podczas procesu psychoterapii pojawiło się więcej przestrzeni wewnętrznej na pojawienie się wiary. Jak się to dzieje? Terapia poprawia funkcjonowanie człowieka, umożliwia mu bardziej adaptacyjne możliwości budowania relacji z sobą i innymi. Wiara jest również relacją – nie tylko wierzę w coś, ale wierzę Komuś. Jeśli poprawia się funkcjonowanie w relacjach, to jest szansa, że poprawi się również relacja z Bogiem. Można by zaryzykować twierdzenie, że dojrzałemu człowiekowi łatwiej współpracować z łaską Bożą. Jeśli w czasie terapii wzrasta dojrzałość osobowa, to korzysta na tym również wiara.

Urszula Lipner: Istnieje jeszcze jeden pogląd, z którym chciałabym podyskutować. Spotkałam się kilkakrotnie z przekonaniem, że jeśli już katolik podejmuje decyzję przekroczenia progu gabinetu psychoterapeuty to absolutnie musi być to tzw. psychoterapeuta chrześcijański. Czy Ojciec zgadza się z takim poglądem?

o. Tomasz Gaj: Nie do końca się zgadzam. Gdy szukam kardiologa, to bardziej mnie interesuje jego wykształcenie i doświadczenie i to czy jest dobrym kardiologiem niż to czy jest wierzącym kardiologiem. Gdy chodzi o terapeutę, to uważam, że absolutnie powinien to być ktoś kompetentny, szanujący światopogląd pacjenta, zaciekawiony jego światem. Oczywiście psychoterapia dotyka bardzo delikatnej i osobistej przestrzeni pacjenta. Jeśli w tej przestrzeni ważne miejsce zajmuje wiara pacjenta, to nie widzę powodów, żeby tę część zostawiać poza gabinetem. Podczas psychoterapii można rozmawiać o wierze, ale używa się języka psychologicznego, w ramach którego odkrywa się znaczenie poszczególnych wydarzeń, uczuć, myśli. Jeśli ktoś jest gotowy na taką rozmowę, to może ona przynieść wiele korzyści w oczyszczeniu wiary z motywów pozareligijnych. Podam przykład. Ktoś używa religijności jako głównego „lekarstwa”, aby poradzić sobie z własnym lękiem lub samotnością. Podejmuje psychoterapię i w jej trakcie uczy się jak radzić sobie z lękiem czy samotnością w inny sposób. Już nie „potrzebuje” do tego wiary. To ważny, rozwojowy moment, w którym może odejść niedojrzała, wiara na moją miarę, a ma szansę pojawić się wiara bardziej dojrzała, która jest celem samym w sobie, a nie służy jedynie moim celom.

Urszula Lipner: Dziękuję za rozmowę!

Tekst jest wyłączną własnością autora. Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

„Terapeuta kazał mi się rozwieść” – czy to możliwe?

autor: Urszula Lipner

Gdy zdecydowałam, że zostanę psychoterapeutą i zaczęłam opowiadać bliskim osobom o wyborze tej ścieżki zawodowej, jedna z moich znajomych pełnym wyrzutu tonem powiedziała: „TERAPEUCI! Najpierw niszczą związki, rozbijają rodziny a potem leczą pokrzywdzone dzieci! Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz takim terapeutą.” Ponieważ nie miałam w tamtej chwili żadnego kontrargumentu i w zasadzie nie wiedziałam również jakimi prawami rządzi się psychoterapia, nic nie odpowiedziałam na ten zarzut. Pomyślałam tylko: „To chyba jakaś pomyłka” a potem jeszcze dla pewności „Nie, no rzeczywiście, mam nadzieję, że takim terapeutą nie będę.”

Dziś wiem jak niesłuszne było tamto oskarżenie a jednocześnie zdaję sobie sprawę, że tamta znajoma, to nie jedyny wyznawca poglądu głoszącego, że pójście do terapeuty oznacza niechybny koniec związku.

Pamiętam również historię zasłyszaną wśród znajomych. Pewna kobieta miała męża i dziecko. Ona i mąż nie byli ze sobą szczęśliwi. Głównie dlatego, że mężczyzna zdradzał żonę, zaniedbywał dziecko i ogólnie mało zajmowały go sprawy rodziny. Pozory trwania w związku utrzymywał kilka lat. Żona mając dość narastającego napięcia i bylejakości, postawiła mężowi warunek: albo pójdziesz na terapię, albo rozwodzimy się. Mężczyzna od dawna jej nie kochał i nie zależało mu na ratowaniu małżeństwa. Był jednak człowiekiem niezdolnym do podejmowania samodzielnych decyzji a dodatkowo bardzo nie chciał stracić dobrego wizerunku wśród sąsiadów. Udał się zatem do terapeuty, ale nie w celu wypracowania zmiany w sobie, ale po to, żeby nadal udawać. Lecz gdy nie miał już siły podtrzymywać pozorów pracy nad sobą a dodatkowo jego nowa partnerka zaczęła nalegać na rozwód, wrócił pewnego dnia do domu i powiedział żonie: „Terapeuta kazał mi się rozwieść. Uznał, że to będzie dobre i dla mnie i dla ciebie i dla dziecka.” W ten sposób upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Mógł odejść od żony a jednocześnie „zachował twarz” wśród znajomych. Nie trudno sobie wyobrazić jak wściekła na terapeutę była nieszczęsna kobieta…

I jeszcze jedna historia – nie tyle prawdziwa, co zdarzająca się nierzadko w naszej rzeczywistości.

Rodzina G. Z pozoru nie taka zła. Tylko ona jakaś mizerna i przygarbiona a on jakby zbyt porywczy a może tylko za duża pewność siebie?

Dzieci radzące sobie w szkole, ale starszy chłopiec ma 10 lat i nadal moczy się w nocy a 6 letnia dziewczynka jest bardzo nieśmiała, za poważna, ma dużą trudność z odnalezieniem się w grupie rówieśników.

Z zewnątrz – rodzina działa. Tata zarabia. Mama zajmuje się domem. Dzieci chodzą najedzone i czyste. W zeszłym roku udało im się nawet wyjechać na zagraniczne wakacje.

Od środka – piekło. Tata (przepraszam mężczyzn, że tak stereotypowo obsadziłam role…) silnie przemocowy. Znęcający się nad żoną i dziećmi. Stosujący i przemoc psychiczną (zastraszający żonę wyrzuceniem z domu, rozwodem, ośmieszeniem jej w sądzie i odebraniem dzieci, poniżający, wyśmiewający, terroryzujący rodzinę swoimi humorami) i fizyczną (gdy się zezłości, a zezłościć może go niemal wszystko, np. ziarnko piasku w sałacie, szarpie żonę i dzieci, robi znaczący zamach ręką – jakby chciał uderzyć, wypędza rodzinę z domu, nawet przy silnym mrozie w zimę) i ekonomiczną – żona stale musi tłumaczyć się z dokonywanych wydatków, rozliczać z każdego grosza, prosić o pieniądze potrzebne na elementarne rzeczy dla siebie i dzieci.

Po kilkunastu latach takiej gehenny kobieta nie wytrzymuje – idzie po pomoc. Trafia na terapię. Uświadamia sobie powoli, że to czego doświadcza to straszna przemoc, która niszczy i ją i dzieci. Stara się podjąć próby ratowania rodziny – prosi męża o udanie się do specjalisty. Stawia warunki. Gdy jej starania nie przynoszą efektu, decyduje się odejść. Uznaje to za jedyne słuszne rozwiązanie.

Czy psychoterapeuta ma prawo doradzać rozwód?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo jednoznaczna: nie. Psychoterapeuta nigdy nie nakazuje ani nie doradza klientowi. Jeśli to robi, to znaczy, że dokonuje poważnego nadużycia i pracuje wbrew etyce zawodu. Terapeucie nie wolno chociażby sugerować rozwiązań w stosunku do żadnego obszaru życia klienta.

Osoba przychodząca do terapeuty nie może zatem usłyszeć: „Proszę się rozwieść, to będzie dla Pana dobre.” lub: „To małżeństwo Pana/Panią niszczy. Proszę to szybko zakończyć.” Tak samo jak nie usłyszy: „Proszę za wszelką cenę ratować małżeństwo. Proszę nie odchodzić, proszę walczyć.” Rola terapeuty nie polega na udzielaniu pouczeń. Zadanie terapeuty, to pomoc klientowi w lepszym zrozumieniu jego sytuacji oraz wsparcie podczas szukania własnej strategii rozwiązania problemów.

Terapia ma pozwolić na zobaczenie i nazwanie rzeczywistości, w której porusza się klient. Nie jest bowiem rzeczą oczywistą, że żona z ostatniego przytaczanego przeze mnie przykładu jest całkowicie świadoma, że to co robi jej mąż i sposób, w jaki ona reaguje na jego zachowania, nie jest „normą” funkcjonowania rodziny. Rzeczywistość, której doświadcza jest dla niej naturalna (być może w podobnym domu dorastała…). Nie potrafi poddawać jej krytycznej analizie, nie jest w stanie spojrzeć na nią z perspektywy tak samo jak nie jest w stanie nazwać swoich uczuć, przekonań, postaw. Można powiedzieć, że jest zagubiona w swoim świecie.

Osoby zgłaszające się do pracy w terapii, odkrywają prawdę o swoich relacjach. Stopniowo dowiadują się czego faktycznie w nich doświadczają lub czego są sprawcą. Terapeuta pełni rolę lustra, nie doradcy.

Terapeuta ma etyczny obowiązek zachowania neutralności, mimo że jako człowiek, osoba mająca swój system wartości i poglądów może wewnątrz siebie być zwolennikiem takiego lub innego rozwiązania. Nie ma jednak prawa narzucać własnych wizji czy choćby dzielić się nimi z klientem.

Gdy osoba pracująca w terapii zrozumie swoje położenie, na ogół kolejny krok jaki stawia, to szukanie konkretnych rozwiązań, praca nad zmianą swoich przekonań i zachowań. To z kolei często łączy się z wprowadzaniem organizacyjnych zmian w życiu, czasem radykalnych.

Zadanie terapeuty na tym etapie to pomoc klientowi w znalezieniu jego drogi, wsparcie w realizacji decyzji, wyposażenie w narzędzia radzenia sobie w różnych, na ogół nowych sytuacjach.

Jeśli zatem ktoś mówi: „Terapeuta kazał mi się rozwieść”, to…

Pierwsze wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy to takie, że osoba, która wygłasza to zdanie, stosuje pewien skrót myślowy. Wyobrażam sobie, że istnieją takie sytuacje, w których klient wypracowuje podczas własnej terapii decyzję o odejściu od partnera. Jest to jego autonomiczny wybór dokonany w wyniku dobrego zrozumienia swojej sytuacji i poznania siebie. Jednak zamiast powiedzieć: „Podczas mojej pracy w terapii zrozumiałem, że to, czego naprawdę chcę to rozwód.” Mówi: „Terapeuta kazał mi się rozwieść.” Doświadczenie pokazuje, że klienci sięgają czasem po tego typu sformułowania.

Druga hipoteza to taka, że osoba, która wygłasza to zdanie, ma trudność w braniu odpowiedzialności za własne decyzje. Łatwiej jest bowiem powiedzieć, że to terapeuta nakazał dokonanie takiego kroku zamiast przyznać: „Zdecydowałem, że odchodzę od mojej żony.” Łatwiej jest pozostać osobą wiernie wypełniającą zalecenia specjalisty („Cóż ja mogę zrobić, gdy ktoś kto się na tym zna, dał mi taką radę”) niż człowiekiem, który decyduje, że zostawia swój dom, żonę, dzieci i odchodzi do innej kobiety… Mężowi z pierwszego przykładu raczej nie przeszłoby to przez gardło.

Trzeci pomysł na wytłumaczenie opisywanego zjawiska to taki, że stwierdzenie „Terapeuta kazał mi się rozwieść” wygłasza nie klient pracujący w terapii, ale osoba z jego otoczenia. Mógłby to być np. mąż z drugiego przykładu.

Wyobraźmy sobie co musi przeżywać człowiek stosujący silną przemoc, kontrolujący rodzinę, który po wielu latach „przemocowego tańca” dowiaduje się, że partnerka, z którą był tak długo i która żyła pod jego dyktando, zdobyła się na odwagę zrzucenia tych więzów. To oczywiście bardzo skomplikowana i niejednoznaczna sytuacja, na temat której można tworzyć wiele hipotez. Na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie jedynie na stwierdzenie, że żeby udźwignąć wewnętrznie (a także w oczach otoczenia) z tę sytuację ów mąż najprawdopodobniej nie będzie szukał przyczyn odejścia żony w sobie, ale znajdzie „winowajcę” w odchodzącym partnerze lub… w jego terapeucie.

Na pytanie kolegi: „A co tam u Was się podziało, taka dobra rodzina, co z tą Twoją Hanką?” mąż z drugiego przykładu raczej nie odpowie: „Wiesz tak naprawdę byłem okrutny, znęcałem się nad moją rodziną. Moja żona podjęła słuszne kroki, musiała ratować siebie i dzieci przede mną. Wiem, że powinienem udać się do specjalisty, zacząć pracować nad sobą. Jest we mnie tyle agresji, nad którą nie panuję…” Taki scenariusz zdarza się bardzo rzadko (choć się zdarza!). Najczęściej jednak porzucony małżonek/partner musi obronić w jakiś sposób własny wizerunek. Ulokowanie w sobie odpowiedzialności byłoby zbyt niebezpieczne, oznaczałoby konieczność zmierzenia się z własnymi ogromnymi deficytami i podjęcie działań w kierunku znalezienia profesjonalnej pomocy. Dużo łatwiej jest ulokować odpowiedzialność za rozwód w innej osobie. „Hanka zupełnie postradała zmysły. Starałem się być dla niej taki dobry a zobacz, jej zupełnie coś odbiło, naczytała się tych babskich pism, Internetu. Myśli, że pozjadała rozumy. Chce być taka nowoczesna. Na dodatek poszła wiesz, do jakiegoś terapeuty a ten kazał jej się rozwieść, bo niby wiesz, sama osiągnie więcej.”

Jest też jeszcze jeden powód, dla którego ktoś może wygłaszać opisywane w tym tekście stwierdzenie. Tym powodem jest faktyczne znaczące naruszenie etyki zawodu przez osobę, która jest lub podaje się z psychoterapeutę. Sytuacje łamania zasad pracy przez psychoterapeutów zdarzają się rzadko, ale się zdarzają. Jeśli osoba poszukująca dla siebie specjalistycznej pomocy trafi do psychoterapeuty, który sugeruje rozwiązania, mówi co wolno a czego nie wolno, ocenia wybory lub wręcz nakazuje dokonanie określonych kroków, należy jak najszybciej z nim się rozstać.

Zamiast podsumowania

Psychoterapeuta nie udziela rad i pouczeń – zabrania tego etyka zawodu. Jest zatem rzeczą zupełnie nieprawdopodobną sytuacja, w której terapeuta każe swojemu klientowi rozwieść się ze współmałżonkiem lub odwrotnie – zaleca trwanie w związku za wszelką cenę.

Terapeuta jest lustrem, które odbija prawdę, osobą dającą wsparcie w poszukiwaniu własnej ścieżki oraz podczas wprowadzania dobrych zmian do swojego życia. Zmian, na które zdecydował się sam klient.

Tekst jest wyłączną własnością autora. Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

Jakiej mamy potrzebuje dziecko?

autor: Urszula Lipner

Tekst został napisany dla Tylko Naturalnie

Droga Mamo,

z okazji Dnia Matki chcę Ci powiedzieć, że wcale nie potrzebuję, żeby w naszym domu była zawsze umyta podłoga i wyszorowany zlew. Nie ma to dla mnie znaczenia. Wcale nie potrzebuję super nowych bucików choć bardzo się nimi cieszę, najlepszych kursów i samych naj naj naj fajniejszych rzeczy. Tak naprawdę to najbardziej na świecie potrzebuję Ciebie. Żebyś przy mnie była. Jak najdłużej, każdego dnia. Żebyś nie tylko była obok ciałem, ale też duchem. Żebyś rozmawiała ze mną, ale nie gotując obiad tylko siedząc obok blisko, na krzesełku. Chcę, żebyś usiadła przy mnie, choćby na chwilkę i naprawdę posłuchała co mam do powiedzenia, nawet jeśli jeszcze nie umiem mówić.

I wiesz Mamo, to nie prawda, że tatusiowie są od zabawy a mamy od „robót przy dziecku”. Wiesz, z Tobą też chcę się bawić. Choćby chwilkę dziennie. Chcę mieć nasze wspólne zabawy, w które bawię się tylko z Tobą.

Wiesz Mamo, potrzebuję też bardzo, żebyś była szczęśliwa. Powiem Ci tak w sekrecie, że jestem najszczęśliwszy na świecie wtedy, gdy widzę, że u Ciebie wszystko dobrze. Nie wiem Mamusiu co masz robić, żebyś była zadowolona. Chyba Ty wiesz to najlepiej. Ja mam kilka pomysłów, o których krótko powiem Ci w tym liście.

Przede wszystkim potrzebuję, żeby Tatuś Cię kochał i szanował. Bardzo tego potrzebuję. Bo jeśli to się nie dzieje, to jest mi wtedy bardzo trudno i czasem ja sam staram się Ciebie uszczęśliwiać a to mnie obciąża.

Powiem Ci też Mamo, że potrzebuję, żebyś czasem kupiła sobie nową bluzkę lub buty. Nie mnie, ale właśnie sobie. Cieszę się, gdy ładnie wyglądasz i robisz sobie prezent, nawet jeśli czasem nie mamy za dużo pieniędzy. Wczoraj w sklepie oglądałaś taką ładną niebieską torebkę i już się cieszyłem, że ją sobie kupisz, ale w końcu jak zwykle zrezygnowałaś. A mi kupiłaś nowe sandałki. To było dla mnie trudne Mamo. Proszę dbaj o siebie tak bardzo jak dbasz o mnie. Nie chcę widzieć jak się poświęcasz. Chcę widzieć, że jesteś szczęśliwa.

Chcę Mamusiu, żebyś miała czas dla siebie. Kiedyś pamiętam wyszłaś na spotkanie z koleżanką. Trochę mi nie pasowało, że nie będzie Cię w domu, ale gdy wróciłaś byłaś taka zadowolona i tak mocno mnie przytulałaś i naprawdę, naprawdę cieszyłaś się. I wtedy ja też bardzo się ucieszyłem. Wydaje mi się Mamo, że czasem musisz zrobić coś dla siebie, bo wtedy lepiej zajmujesz się mną.

No nie wiem Mamo co jeszcze bym dla Ciebie chciał. Pewnie Ty sama będziesz wiedziała co zrobić, żeby poczuć się szczęśliwa. I jeśli to znajdziesz – zrób to, proszę. Bo wiesz, ja jestem tu tylko przelotem. Kiedyś zechcę pożegnać się z Tobą i założyć swoją własną rodzinę. I co wtedy Mamo? Kim Ty się wtedy będziesz zajmowała? Musisz Mamusiu mieć coś oprócz mnie – to jest bardzo ważne i będzie dobre dla Ciebie i dla mnie. Trudno jest być czyimś jedynym celem. Bardzo trudne.

I wiesz co Mamusiu, choć jestem jeszcze bardzo malutki, to ja naprawdę dobrze wiem kiedy jesteś szczęśliwa a kiedy tylko udajesz przede mną. Umiem rozpoznać Twój prawdziwy uśmiech. Możesz udawać przed Tatusiem albo przed sobą, ale ja i tak będę znał prawdę. To bardzo przykre Mamo patrzeć jak się uśmiechasz i wiedzieć, że to tylko na niby.

Pamiętaj Mamusiu jednocześnie, że przy mnie można płakać. Możesz przy mnie płakać, żeby pokazać mi, że łzy są w porządku i że to bardzo normalne, że każdy ma czasem gorszy dzień, albo tydzień i że można czasem być smutnym. Dopóki Mamusiu jesteś naprawdę szczęśliwą osobą, Twoje przelotne łzy nie sprawią mi bólu, ale wiele mnie nauczą.

I Mamusiu na koniec, powiem Ci jeszcze ważną rzecz: nie odkładaj tego wszystkiego o czym Ci napisałem na przyszły rok, jak podrosnę, jak Tatuś dostanie podwyżkę, jak coś tam coś tam. Ja chcę już dzisiaj szczęśliwej Mamy!

Twoje zawsze kochające Cię dziecko

Zamiast zakończenia

Dziecko potrzebuje mamy obecnej nie tylko ciałem, ale i duchem, mamy szanowanej przez tatę i bardzo przez niego kochanej, mamy sprawiedliwej w opiece nad wszystkimi członkami rodziny (nie wyłączając jej samej), mamy spełnionej, mamy czasem-z-deczko-egoistycznej, mamy posiadającej kawałek własnego życia, mamy szczęśliwej…

Żadne dziecko NIE chce mieć mamy, która się poświęca. Patrzenie na poświęcenie matki jest dla dziecka bardzo trudną, silnie obciążającą i stresującą sytuacją. Dorosłe osoby siedzące w fotelu psychoterapeuty nieraz miesiącami wyrzucają z siebie wielki ból swojego dzieciństwa: patrzenie na smutek matki, na jej „biedę”, jej poświęcenie i łzy, któremu nieodłącznie towarzyszyła troska, silne napięcie oraz dramatyczne dziecięce próby znalezienia sposobu na uszczęśliwienie tej najważniejszej osoby.

Ponadto mama, która zna nawet najlepsze metody wychowawcze i osiągnęła biegłość w ich stosowaniu będzie miała trudność w wychowaniu szczęśliwych dzieci, jeśli sama nie będzie szczęśliwa…

Dlatego jeśli dbasz o swoje dziecko/rodzinę kosztem siebie – zachęcam Cię do zmiany. Twój wewnętrzny porządek, poczucie spełnienia i zadowolenie będzie najlepszą, najcenniejsza wyprawka, w jaką wyposażysz malucha na przyszłość.

Wierzę, że skoro jest w Tobie tyle siły do poświęceń, do pracy ponad miarę, znajdziesz w sobie również siłę do zawalczenia o siebie.

Tekst jest wyłączną własnością autora. Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

 

Na wiosnę: o życiu odpowiedzialnym

autor: Urszula Lipner

Tekst został napisany dla TylkoNaturalnie

Dowcip w roli motta:
„Panie Boże tak mi źle, taki jestem biedny!
Inni wygrywają miliony na loterii, tylko ja taki biedny – zawodzi sfrustrowany Kuba.
Daj mi szansę Kuba – odpowiada Bóg – kup los.”

Zanosi się na wiosnę. Długa zima za nami. Szykuje się jednak dobra zmiana na lepsze. Wkrótce cieplejsze dni, zapach odmarzniętej ziemi, zielona trawa.

A jak jest u Ciebie? Co w Twoim życiu? Może w nim głęboka zima. Może przedwiośnie. A może już dawno wiosna. Może nie czekałeś aż coś dla Ciebie przyjdzie lub nastanie, ale wziąłeś sprawy w swoje ręce? Może u Ciebie lato już w pełni?

Jeśli jednak stoisz w oknie sfrustrowany i codziennie ze złością oskarżasz cały świat o śnieg, mróz, wiatr, o to ciepło, które dla Ciebie nie nadeszło, to chcę Ci dziś powiedzieć, że na zmianę w swoim życiu nie musisz czekać jak na spóźniającą się wiosnę. Zmiana w Twoim życiu, inaczej niż koleje przyrody, zależy od Ciebie. To duża odpowiedzialność, prawda?spacer size=”30″]

Co to znaczy żyć biernie?

Być biernym w życiu to nie tylko „nic nie robić”. Leżeć całe dnie na kanapie lub oglądać telewizję.  Być biernym  to znaczy przyjąć założenie, że większość rzeczy jaka wydarza się dla człowieka jest wynikiem fatum, pecha, kolei losu, szczęśliwych/nieszczęśliwych wypadków, złych ludzi wokół, „bo tak już jest”, „bo zawsze jest źle i z pewnością nic się nie zmieni”.

Jest to i niebezpieczna postawa i … wygodna. Niebezpieczna, bo życie człowieka, który takie założenie przyjmuje, staje się faktycznie życiem poddanym „biegowi losu”. Osoba przeświadczona o braku wpływu na rzeczywistość jest niesiona na fali zdarzeń, które nie tyle wydarzają się dla niej, co raczej nie wydarzają. Bo jeśli uznać za prawdziwe przekonanie „tak już jest i inaczej nie będzie” to podejmowanie wysiłku wprowadzania zmian może stać się jedynie pozbawioną sensu syzyfową pracą.

Postawa bierności jest jednocześnie bardzo wygodna. Osoba przekonana o tym, że to los decyduje o kształcie jej egzystencji nie musi dokonywać wysiłku zapisania się do szkoły policealnej, na dodatkowy kurs, bo przecież to, że ma złą pracę to taki pech, taki rynek, tak trafia. Nie musi dokonywać wysiłku pracy nad sobą, bo przecież i tak popełni te same błędy co jej rodzice i tak jest  uwikłana  w swoją przeszłość i nie ma żadnej możliwości jej zmiany. Może śmiało mówić, np: „mam takiego pecha do mężczyzn”, bądź przyjąć postawę ofiary: „za jakie grzechy trafiam na takich okropnych facetów” zamiast zapytać siebie „co takiego robię ja, jakim nieświadomym dla siebie kluczem się kieruję, czego ja nie zauważam w spotykanych mężczyznach, że stale wybieram takich, którzy mnie krzywdzą, porzucają, wykorzystują?”

Konsekwencją przyjęcia postawy bierności w warstwie emocji  są złość (nieraz wściekłość, np. na zły los), poczucie niesprawiedliwości (bo innym los sprzyja, mają łatwiej), bezsilność (bo przecież nic nie da się zrobić), poczucie pokrzywdzenia (jestem taki biedny, takie rzeczy właśnie mnie się przytrafiają/nie przytrafiają)

To prawda, że istnieją takie zdarzenia, na które my ludzie nie mamy wpływu (albo mamy go w niewielkim wymiarze): śmierć bliskiej osoby, nieuleczalna choroba, kataklizmy żywiołowe, wypadek komunikacyjny. Każdy z nas ma jednak olbrzymi obszar swojego życia, o którym może decydować, na który ma realny wpływ. Ponadto nawet w tych najbardziej niezależnych od nas zdarzeniach, możemy pozostać bierni lub stać się odpowiedzialni.

Żyć odpowiedzialnie – co to znaczy?

Żyć odpowiedzialnie a raczej brać odpowiedzialność za swoje życie to znaczy tyle, co uznać, że kształt naszej egzystencji jest zależny od nas samych, jest kwestią wyborów: wykonywany zawód, znajomi, miejsce zamieszkania, relacje z teściową, wychowanie dzieci, wybór życiowego partnera.

To o wiele trudniejsza droga. Wymaga działania, podejmowania ryzyka poniesienia porażki, pracy nad sobą, podejmowania wysiłku wprowadzania zmian. To droga pełna wyzwań. Bierność jest łatwiejsza.

Wobec tych zdarzeń, których zmienić nie można postawa odpowiedzialności polega na nauczeniu się życia w nowych, innych, na ogół trudnych warunkach, przyjęciu ich, dokonaniu wysiłku ich akceptacji, ale jednocześnie szukania konstruktywnych sposobów radzenia sobie z nimi. Niemal zawsze można coś zrobić,żeby uczynić swoje życie lepszym. Jeśli nie na zewnątrz to wewnątrz siebie…

A co to znaczy w praktyce?

Żyć odpowiedzialnie, to znaczy

nie złorzeczyć na teściową, ale nauczyć się strategii zachowań w tej być może niełatwej relacji,

to znaczy nie oskarżać swojej fryzjerki, że „partaczy sprawę” ale  dokładnie opowiedzieć jej o swoich „potrzebach stylistycznych”, prosić o poprawkę lub… zmienić fryzjera,

to znaczy nie narzekać na swoje nieposłuszne dzieci, ale zrewidować swój styl wychowawczy, przeczytać książkę, aktywnie szukać rozwiązań,

to znaczy nie uskarżać się  na męża wobec koleżanek, ale otwarcie i nieagresywnie  zacząć nazywać problemy istniejące w domu i rozpocząć pracę nad nimi; jeśli potrzeba – poszukać specjalistycznej pomocy,

to znaczy nie być permanentnie i nieodwołalnie załamanym swoją niewiedzą, ukrywać się i wstydzić z powodu  braków w wykształceniu, ale podjąć kroki ku zmianie tej sytuacji – zapisać się na kurs, do szkoły policealnej, na studia.

Wybór jest Twój

Masz do wyboru dwie drogi: możesz przyjąć postawę bierności wobec tego, co dzieje się w Twoim świecie. Złorzeczyć na los, godzić się z tym, co  Ci nie odpowiada, co nie Twoje, trwać w swoim niespełnieniu zawodowym, uczuciowym i wszelkim. Masz do tego prawo. To Twój wybór.

Jeśli jednak chcesz być w pełni szczęśliwy, jesteś skazany na drogę odpowiedzialności. Bierność nie daje spełnienia. Bierność jest źródłem frustracji, bezradności, złości. Bierność redukuje człowieka do przedmiotu a nie podmiotu własnego życia.  Bierność odbiera godność.

Jedno jest pewne: wiosna nie przyjdzie do Ciebie sama. To i trudne (być może wywołujące złość) zmierzyć się z tą świadomością i… uwalniające, nieprawdaż?

Za oknem wiosna. A co  u Ciebie?

Tekst jest wyłączną własnością autora. Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

Jeśli trudno jest Ci przyjść na terapię…

autor: Urszula Lipner

Nierzadko to właśnie charakter problemów z jakimi boryka się dana osoba, a które znacznie utrudniają jej funkcjonowanie w świecie, ze sobą samym, wobec innych ludzi, bywa również powodem dużych trudności związanych z szukaniem pomocy, dokonaniem tego pierwszego kroku stanięcia w progu gabinetu terapeuty.

Owe trudności mogą odnosić się do wielu obszarów takich jak, np.: nieufność, silna potrzeba kontroli czy znaczne poczucie niższości lub nieważności objawiające się, np.: przekonaniem „nie jestem godny uwagi”, „nie chcę nikomu zawracać głowy”, „powinienem sam poradzić sobie z moim problemem”, „moje problemy to nic w porównaniu z problemami innych ludzi”.

Jeśli jesteś osobą, która doświadcza trudności, ale unikasz szukania profesjonalnej pomocy zachęcam Cię do krótkiej autorefleksji. Domyślam się, że część (dwa, trzy, może więcej) niżej zamieszczonych stwierdzeń mógłbyś uznać za prawdziwe dla siebie.

  1. Jestem osobą zamkniętą w sobie. Niezwykle trudno jest mi mówić o swoich sprawach.
  2. Szczególną trudność sprawia mi przebywanie i rozmowa w cztery oczy z jedną osobą. Zdecydowanie wolę sytuacje gdy „ginę w tłumie”. Nie lubię gdy uwaga innej osoby/ludzi jest skierowana na mnie.
  3. Często doświadczam wstydu. Wstydzę się, np.: tego jak wyglądam, mojej niewiedzy, pochodzenia, tego co mówię, intensywnie przeżywam swoje kompromitacje i wstydzę się jeszcze bardzo długo na wspomnienie o nich.
  4. Często doświadczałem wstydu w dzieciństwie, np.; wstydziłem się mojego taty, awantur, tego jak wygląda moja mama, swojego wyglądu, statusu ekonomicznego, itp.
  5. Czuję się dużo gorszy niż inni ludzie (bo inni mają wiedzę, pieniądze, umieją sobie poradzić, znaleźć pracę, są pewniejsi siebie, itp..)
  6. Z moimi problemami zwykle radzę sobie sam. Rzadko zdarza się, że zwracam się z prośbą o pomoc do innych ludzi. Większość rzeczy w swoim życiu wolę robić sam i po swojemu.
  7. Nie lubię „zawracać głowy” innym ludziom swoją osobą.
  8. Generalnie czuję się mniej ważny niż inni ludzie (np. zawsze to ja ustępuję lub staram się dużo dawać innym a sam prawie nic nie biorę).
  9. Boję się być dla kogoś ciężarem, obciążać inne osoby moimi problemami.
  10. Lubię mieć poczucie kontroli nad rzeczywistością: potrzebuję działać według utartego schematu, mieć porządek wokół siebie, planować z detalami mój dzień i ściśle trzymać się planu. Niemożność utrzymania się w schemacie, zrealizowania planu powoduje u mnie silne uczucia: np. złość, lęk, niezadowolenie.
  11. Rzadko zdarza mi się oceniać innych jako kompetentnych. Na ogół mam podejrzenia, że specjaliści, do których przychodzę (np. lekarze) to osoby niedokształcone, niedoświadczone.
  12. Trudno mi zaufać innym ludziom. Szybciej posądzę ich o chęć wykorzystania mnie (np. „Ten specjalista/doradca/sprzedawca wcale nie chce mi pomóc, on chce wyciągnąć ode mnie pieniądze!”) niż o chęć niesienia mi pomocy.

Jeśli na przytoczone opisy odpowiadałeś twierdząco, pamiętaj, że:

Masz prawo nie mieć płynności w opowiadaniu o sobie. Nie musisz być „rozgadany”, otwarty i mieć stale czegoś do powiedzenia. Ludzie różnią się między sobą. Dlaczego osoby, które mają większą płynność wypowiedzi miałyby być lepsze od tych, które nie posiadają takiej umiejętności? Prawa rządzące lekcjami języka polskiego różnią się od praw rządzących relacjami międzyludzkimi.

Dla terapeuty Twoja małomówność nie jest przeszkodą.

Terapeuta to osoba, która uszanuje Twój sposób bycia. Jeśli tego zechcesz, pomoże Ci nazwać to, co dla Ciebie jest trudne do nazwania lub uszanuje Twoje milczenie, jeśli nie będziesz chciał mówić.

***

Zadaniem terapeuty jest stworzenie takiego klimatu rozmowy, w którym poczujesz się bezpiecznie.

Pamiętaj, że nie musisz od razu opowiadać o sobie najtrudniejszych rzeczy. Jeśli boisz się poruszać jakiś szczególnie delikatny problem, daj sobie prawo do tego, żeby o tych najbardziej intymnych sprawach opowiedzieć, gdy poczujesz się na to gotowy.

***

Wstyd to bardzo ważne i potrzebne uczucie. Jest jednak taki poziom odczuwania wstydu, który może być nadmiarowy i bardzo toksyczny dla Ciebie, który może skutecznie okradać Cię z wielu cennych wartości w Twoim życiu.

Pamiętaj: czegokolwiek nie doświadczyłeś, w jakikolwiek sposób „brud tego świata” nie przylgnął do Ciebie… możesz o tym powiedzieć podczas psychoterapii. Terapeuta zna bardzo dobrze „ciemne oblicze ziemskiego padołu”. Słyszał też nie jedną wstydliwą i okrutną historię. To co chowasz w sobie nie zadziwi go, nie zgorszy ani nie porani. Ale Tobie może dać olbrzymie oczyszczenie.

„Nie wstydź się wstydu.” Jeśli go przeżywasz po prostu o tym powiedz.

***

Jeśli silnie doświadczasz poczucia bycia gorszym to najprawdopodobniej wcześniej czy później w swoim życiu będziesz musiał stanąć przed następującym wyborem (być może dzieje się to w tej chwili): możesz pozostać w tym w czym tkwisz, możesz do końca swojego życia doświadczać gorszości, wstydu, napięcia. Możesz kontynuować ucieczkę w głąb swojej osoby. Możesz nadal stawiać gruby mur, za którym będziesz chował tego „strasznego, prawdziwego siebie”… możesz również zaryzykować i… zacząć o tym mówić, wychodzić zza muru, naświetlać to, co chowałeś skrzętnie pod podłogą. To bardzo trudna praca. To wielkie wyzwanie. Sprawdź jednak, dokonaj bilansu, czy wysiłek którego dokonasz otwierając się nie będzie mniejszy niż wysiłek ukrywania się do końca życia. Sprawdź jakie możesz mieć korzyści z ewentualnej zmiany w tym obszarze.

***

Możesz radzić sobie sam ze swoimi problemami. Tak może pozostać. Zachęcam Cię jednak do tego, żebyś podejmował ryzyko proszenia innych o pomoc. Ludzie wokół Ciebie chcą czuć się potrzebni. Herosi i bohaterowie są zachwycający na obrazkach i w bajkach. W codziennym życiu ludzie potrzebują nie tylko być obdarowywani przez Ciebie, ale również dawać… Życie z herosem bywa bardzo wyczerpujące i frustrujące…

***

Jeśli nie lubisz skupiać na sobie uwagi, to… masz do tego prawo. Sprawdź jednak, czy unikając sytuacji, w których ktoś pochyla się nad Tobą, tylko zyskujesz, czy jednocześnie jest to sytuacja, w której jednak coś tracisz… Zachęcam Cię, żebyś dokonał bilansu zysków i strat.

***

Cokolwiek myślisz na swój temat chcę Cię zapewnić, że jesteś ważną osobą. To co przeżywasz, to czego potrzebujesz, Twoje pomysły, obawy, Twój świat jest bardzo ważny. W swojej ludzkiej godności nie różnisz się niczym od chociażby prezydenta Stanów Zjednoczonych, Papieża, Rektora Uniwersytetu Warszawskiego i tym podobnych „ważnych osób”. Dlaczego Twoje trudności i potrzeby miałyby być mniej uważnie wysłuchane i zaopiekowane niż potrzeby innych ludzi? Być może środowisko i doświadczenia najmłodszych lat nauczyły Cię, że Twój miejsce jest na szarym końcu, w cieniu, nie znaczy to jednak, że taka jest właśnie „norma Twojej ważności”.

***

Możesz pozostać Siłaczem. Ale po co Ci to?

***

Skąd myśl o tym, że problemy (Twoje własne oraz problemy innych ludzi) są do uniesienia przez Ciebie samego, ale będą zbyt ciężkie dla innych osób?

***

Możesz kontrolować każdy element rzeczywistości wokół siebie. Możesz żyć pod dyktando „srogiego dyrektora”, który mieszka w Tobie i planuje każdy drobny szczegół Twojej rzeczywistości. Sprawdź jednak, czy taki sposób bycia Ci odpowiada. Być może w życiu jest coś więcej do przeżywania… Może poza sztywnym planem i porządkiem jest jakiś świat, który gdzieś stale tracisz?

***

Jeśli o innych myślisz zwykle jako o osobach niekompetentnych sprawdź co myślisz sam o własnej wiedzy i umiejętnościach? Sprawdź również, czy gdzieś wewnątrz siebie nie nosisz przekonania: „Nikt nie jest w stanie mi pomóc.” Lub „Mogę liczyć tylko na siebie.”

***

Gdy nie obdarzasz zaufaniem innych osób zapewne możesz czuć się bezpieczniej. Zaufanie wiąże się z dużym ryzykiem – jeśli ufasz, wystawiasz się na ryzyko zranienia, odrzucenia, oszukania. Zachęcam Cię jednak do próby poszukania odpowiedzi na pytanie: czy wolisz separować się od innych i w ten sposób zabezpieczać się przed zranieniami czy może chciałbyś lub jesteś gotowy podjąć ryzyko zaufania ludziom/konkretnemu człowiekowi, bycia bliżej innych osób, wystawiając się jednocześnie na ryzyko zranienia? Co jest dla Ciebie cenniejsze?

***

Kimkolwiek jesteś, cokolwiek przeżywasz, w jakimkolwiek dramatycznym i „bez wyjścia” miejscu stanąłeś w swoim życiu, jestem przekonana, że możesz doświadczyć ulgi, bezpieczeństwa, spełnienia, pocieszenia.

Nikt jednak nie postawi za Ciebie najważniejszego, pierwszego kroku, kroku ku zmianom.

Tekst jest wyłączną własnością autora. Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

 

 

Mój list do M. – odpowiedź na pytania o psychoterapię

autor: Urszula Lipner

Zamiast wstępu

Ten tekst zawiera fragment autentycznego zapytania mojej koleżanki dotyczącego psychoterapii oraz odpowiedź jakiej udzieliłam na jej list.

Wiele osób przeżywa rozterki podobne do tych, które opisała M. Dlatego za jej zgodą udostępniam naszą korespondencję z nadzieją na to, że być może okaże się pomocna także podczas podejmowania decyzji przez Ciebie.

Lektura dość długa, ale mimo to serdecznie zapraszam do tego, żebyś przeczytał i przemyślał.

Fragment listu M.

„Piszę do Ciebie jako do terapeutki.

Ostatnio czytam takie dwie książki i w obu nawołują, aby przypominać sobie własne doświadczenia z dzieciństwa, dobre doświadczenia, czy tez zranienia.

A ja nic nie pamiętam.

Myślałam, że to normalne, ale jednak sporo ludzi pamięta chociaż kilka sytuacji. Ja z okresu przedszkolnego nie pamiętam nic, a z okresu wczesnoszkolnego niewiele.

Mówi się, że dziecko potrafi w ramach obrony zablokować pewne traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, czy możliwe, abym i ja tak miała? Bo jakoś nie sądzę, abym miała traumatyczne dzieciństwo. Miałam oboje rodziców, nie pijących, raczej nie bijących (kilka razy oberwałam pasem, ale to na pewno nie było nagminne).

Tata był surowy chyba, a mama trochę chyba na początku nie mogła się odnaleźć po przeprowadzce z miasta na wieś, ale czy to mogło spowodować jakieś traumy?

Czy poznanie dzieciństwa, przeżyć, emocji jakie przeżywałam jako dziecko jest na prawdę takie ważne? Jeśli tak, to może podpowiesz w jaki sposób mogłabym sobie to przypomnieć? Czy polecisz jakąś książkę? A może terapię indywidualną, grupową? Tylko co, pójdę na taką terapię i powiem, że nie pamiętam dzieciństwa, a chciałabym pamiętać?”

M.

Odpowiedź

M.,

Najpierw o traumach i mechanizmie wyparcia, czyli inaczej „niepamiętania” tego co trudne. I o Twojej wątpliwości czy brak wspomnień z dzieciństwa może oznaczać, że doświadczyłaś traum.

Samo słowo trauma odnosi się do bardzo silnego, nagłego doświadczenia, które na ogół powoduje szok, silny uraz psychiczny, np. bycie świadkiem zabójstwa można nazwać traumą. Posiadanie przemocowego szefa już nie. Słowo trauma jest bardzo modne i w języku potocznym używane do wszystkich trudnych sytuacji. Odpowiadając na Twoje pytanie pozwolę sobie zrobić rozgraniczenie i traumą określać „psychologiczny szok”.

Mechanizm wyparcia, o którym piszesz, nie musi odnosić się tylko do traum. Bardzo często dzieje się tak, że „niepamięcią” obejmujemy te doświadczenia, które były dla nas raniące (nie koniecznie traumatyzujące). Ludzka psychika jest zdolna wymazywać pojedyncze zdarzenia lub całe okresy, w których doświadczaliśmy czegoś na tyle nieprzyjemnego emocjonalnie, że nasza „głowa” podświadomie wybiera niepamięć.

I teraz gdy w fotelu psychoterapeuty siada klient i twierdzi, że nic nie pamięta z okresu dzieciństwa to:

a) psychoterapeuta jest szczególnie czujny, bo to rzeczywiście daje bardzo silną hipotezę o tym, że w dzieciństwie tego klienta działo się coś, czego on woli nie pamiętać. Nie oznacza to bynajmniej, że klient doświadczał dramatycznych przeżyć. Terapeuta w takiej sytuacji przypuszcza, że człowiek, który przed nim siedzi wychowywał się najprawdopodobniej w warunkach, które mogły być dla niego trudne emocjonalnie.

Zapewniam Cię M., że w zdecydowanej większości przypadków ta hipoteza się potwierdza.

b) czasem „niepamięć” okresu dzieciństwa to tylko pozór. Niekiedy dzieje się tak, że gdy psychoterapeuta zachęca do zajrzenia w tamten świat, klient jest jednak w stanie sporo obrazów wydobyć ze swojej pamięci. Często pamięć do wydarzeń z dzieciństwa wraca wtedy „lawinowo”: jedno przypomniane zdarzenie sprawia, że w pamięci pojawia się kolejne, itd.

Teraz o przekonaniu „W mojej rodzinie w zasadzie wszystko było ok”

Hmmmm jak by to ująć.

Rodzin zdrowych jest naprawdę na świecie bardzo mało. Brak wyraźnych patologii takich jak alkoholizm, przemoc nie oznacza wcale zdrowia rodziny.

Dzieje się tak dlatego, że no… nie ma ludzi doskonałych. Każdy z małżonków wnosi do związku swoje zranienia, z którymi wyszedł z własnego domu. W rodzinie na ogół zupełnie nieświadomie są one przekazywane dzieciom i tak to idzie dalej.

Kiedy ktoś mówi „moja rodzina jest/była w zasadzie zdrowa” to… pozwalam sobie nie uwierzyć…

Oczywiście, nie oznacza to, że wszyscy ludzie doświadczali licznych traum w dzieciństwie. Tak nie jest. Jednak istnieje niezwykle mało osób (ja jeszcze takiego człowieka bynajmniej nie spotkałam), które nie niosą ze swojego dzieciństwa choćby drobnych zranień.

Klienci na początku terapii nierzadko mówią: mam problem z tym i z tym i z tym, tu i tu sobie nie radzę, ale zupełnie nie wiem skąd mi się to wzięło, miałem przecież dobry dom, kochających rodziców… Dopiero w miarę postępów w pracy klient jest w stanie dostrzec jak to naprawdę z tym domem było, ponazywać sobie to, czego doświadczył.

Nierzadko zdarza się, że nawet osoby, które wyrosły w niezwykle patologicznych rodzinach nie zdają sobie z tego sprawy i dopiero w trakcie terapii doznają swojego rodzaju olśnienia. Do momentu rozpoczęcia pracy nad sobą wydaje im się, że w ich domy były w porządku. Mam na myśli takie sytuacje, gdy w fotelu terapeuty siada klient i mówi, np.: „Moi rodzice byli ok, bardzo się kochali i kochali mnie. Tata trochę popijał, ale to w niczym nie przeszkadzało i niczego nie burzyło.” Dopiero w miarę postępu w terapii okazuje się, że to niegroźne picie taty było galopującym alkoholizmem, a piciu towarzyszyła silna przemoc… Naprawdę trudno jest adekwatnie i obiektywnie ocenić swój dom, jeśli nie ma się odpowiedniej perspektywy. (Mam w trakcie przygotowania artykuł na ten temat, prześlę Ci następnym razem.)

Nie oznacza to bynajmniej, że każda rodzina jest silnie traumatyzująca i pod każdym „mój dom był ok” kryje się straszna prawda.

„Zdrowie rodziny” to zjawisko, które można stopniować. Istnieją rodziny bardzo patologiczne (duża patologia ma miejsce również w domach wolnych od alkoholu i o dobrym statusie materialnym) i rodziny dysfunkcyjne i rodziny „w zasadzie ok”, w których jednak silne przekazy rodzinne dziedziczone z pokolenia na pokolenie mogą niekorzystnie wpływać na rozwój dzieci.

Na przykład (jak działa przekaz rodzinny):

Historia Babci-Mamy-Córki [to wymyślony przykład, wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób jest przypadkowe]

Babcia

Babcia przeżyła wojnę i widziała nie jedną jej okropność. Jako mała dziewczynka straciła siostrę, która zmarła na skutek wycieńczenia spowodowanego głodem i zapaleniem płuc. Śmierć siostry – bardzo bliskiej osoby – była ogromną, nieprzepracowaną traumą. W domu nie można było o tym rozmawiać. Babcia wiedziała tylko, że to zarazki spowodowały chorobę i że brak jedzenia nie pomógł siostrze wrócić do zdrowia.

Gdy wyszła za mąż urodziła tylko jedno dziecko – dziewczynkę. Bardzo się o nią bała. Ograniczała jej kontakty z rówieśnikami, żeby uchronić córkę przed ewentualnymi infekcjami. Gdy pojawiały się w miejscach publicznych (sklep, kościół) była bardzo napięta (przeżywała lęk), nie pozwalała córce podchodzić do innych ludzi (ludzie przenoszą zarazki a zarazki zabijają…)

Babcia doznawała też ogromnego niepokoju, gdy jej dziecko mało jadło (wszak to niedożywienie stało się jedną z przyczyn śmierci jej siostry). Wmuszała w córkę jedzenie a żeby zmotywować ją do zjadania posiłków kazała jej godzinami przesiadywać przy stole i obrażała się (była emocjonalnie niedostępna), gdy dziecko odmawiało współpracy. Była w tym bardzo surowa.

Poza tym Babcia skupiona na rozpamiętywaniu traumy wojennej, pochłonięta swoimi lękami nie potrafiła stworzyć ze swoją córką emocjonalnej bliskości, więzi. Dziewczynka była wychowywana przez matkę, ale emocjonalnie żyła jakby obok niej.

Nieświadomie Babcia w pewien sposób przeniosła swoje trudności na swoją córkę – czyli Mamę.

Mama

Mama wyrosła w przekonaniu, że wychodzenie do innych ludzi, bycie wśród nich jest czymś niedobrym (wszak Babcia, czyli jej matka była bardzo napięta, gdy córka próbowała zbliżyć się do innych a nawet otwarcie karciła ją za to). Mama jako mała dziewczynka znalazła sobie na tę sytuację następujące wyjaśnienie (mały człowiek całkowicie zależny od matki i tak bardzo potrzebujący jej akceptacji szybciej oskarży siebie lub świat niż zinterpretuje rzeczywistość na niekorzyść swojej matki): skoro moja mama nie pozwala mi kontaktować się z innymi ludźmi a przecież mama wszystko wie najlepiej i troszczy się o mnie, to znaczy że ci ludzie są niebezpieczni, zagrażający, nie czeka mnie od nich nic dobrego… (oczywiście mała dziewczynka nie myślała dokładnie takimi słowami, ale w ten sposób, pozasłownie tłumaczyła sobie rzedczywistość).

Brak kontaktu z rówieśnikami nauczył ją samotnictwa. Mama większość dzieciństwa była sama, wobec czego, gdy dorosła, preferowała samotne spędzanie czasu. Źle czuła się wśród większej grupy ludzi. A ponieważ Babcia nie stworzyła z nią bliskiej więzi, Mama również tego nie potrafiła wobec innych ludzi. Miała kilka „przelotnych” koleżanek, ale nigdy bliskiej przyjaciółki.

Mama podobnie jak Babcia o wiele rzeczy się martwiła, często przeżywała silne lęki (lękowa mama bardzo często wychowuje lękową córkę).

Wyszła za mąż bardzo późno – ograniczone kontakty towarzyskie utrudniały jej poznanie męża. Urodziła Córkę. Nieświadomie przekazała jej swoje zranienia i niekonstruktywne przekonania o świecie.

Oprócz „rodzinnego spadku” Mama, która doświadczyła dużej oschłości i surowości od Babci (emocjonalnej niedostępności), chciała dać Córce to, czego sama nie dostała jako mała dziewczynka. Starała się być ciepła i kochająca dla swojego dziecka. Ale ponieważ nie doświadczyła tego, czym jest więź, nie potrafiła jej tworzyć z Córką. Jej starania o bycie „ciepłą mamą” polegały w praktyce na ustępowaniu, nadskakiwaniu, rezygnowaniu z siebie na rzecz potrzeb, ale również nierzadko zwykłych zachcianek Córki. Nie nauczyła jej przez to szacunku do siebie (Mamy) i dała pole do rozwoju dużej roszczeniowości Córki wobec innych ludzi.

Mimo, że pragnęła stworzyć ciepłą relację ze swoim dzieckiem, Mama nie potrafiła wyzbyć się surowości, której doświadczyła w relacji ze swoją matką (Babcią). Surowość Mamy przejawiała się w wyśrubowanych wymaganiach wobec Córki, którym ta rzadko była w stanie sprostać.

Córka

Wymagania stawiane przez Mamę, którym nie była w stanie sprostać spowodowały, że jest bardzo niepewna swojej wartości. Potrzebuje stale udowadniać sobie swoją wartość poprzez perfekcyjne wykonywanie różnych czynności (naukę, pracę, zajęcia w gospodarstwie domowym), co jest bardzo wyczerpujące i nigdy nie daje poszukiwanego spełnienia ,tzn. perfekcyjne wykonanie zadania nie daje jej to spokoju i pewności, że jest wartościową osobą.

Nieufność jaką nosi w sobie wobec innych ludzi (od Mamy nauczyła się, że szybciej należy spodziewać się wykorzystania i oszukania przez ludzi, niż wsparcia i pomocy) połączona z roszczeniowością (Mama chcąc być ciepłą matką, ale realizując ten cel wychowawczy w nieadekwatny sposób, nauczyła Córkę, że jej potrzeby są najważniejsze i że to inni powinni jej ustępować ) powoduje, że bardzo trudno jest jej odnaleźć się w środowisku pracy. W zasadzie nie ma też życia towarzyskiego. Żyje sama i jednocześnie cierpi z powodu samotności.

Córka nie może pojąć dlaczego świat jest taki nieprzyjazny (nie wolno ufać, ludzie są zagrażający, chcą wykorzystać). Czuje się bardzo niezrozumiana (to inni są nie w porządku, ona jest ok.). Zrobiła świetną karierę zawodową (wszak jest perfekcjonistką), wygląda na kobietę sukcesu, ale nie jest szczęśliwa… Chciałaby coś zmienić, ale sama nie wie, co jest nie tak. Winę widzi bardziej w świecie niż w sobie.

Mam nadzieję, że udało mi się ogólnie zobrazować jak wygląda mechanizm przekazu rodzinnego. Nie wiem, czy ten przykład jest wystarczająco czytelny…

Chodziło mi o to, że negatywne doświadczenia i zranienia osób z wcześniejszych pokoleń mają wpływ na kolejne generacje. Przekazywanie tego spadku jest zjawiskiem skąplikowanym, tzn. nie oznacza, że jeśli babcia biła czy zaniedbywała, to identycznie będzie zachowywała się mama. Chodzi o to, że dysfunkcje rodzinne przechodzą na następne pokolenia w postaci różnych wariacji.

Córka z mojego przykładu zapewne mogłaby powiedzieć, że miała normalny dom i kochającą mamę (rodziców). Jednak przekonania o świecie jakie przekazała jej Mama połączone ze specyficznym sposobem wychowania (też będącym wynikiem wpływu poprzedniego pokolenia) spowodowały, że Córka ma teraz różnego rodzaju trudności w funkcjonowaniu. Obiektywnie bardzo dobrze radzi sobie w życiu – ma pracę, odnosi sukcesy, ale wewnętrznie czuje się bardzo zagubiona, nie jest szczęśliwa.

Każda rodzina ma sobie właściwe przekazy. Każda. Nie wiem czy to wynika z tych opisanych przeze mnie przykładów: te przekazy działają nieświadomie i nieświadomie przekazuje się je dalej. Niektóre bywają nieszkodliwe a inne mogą znacząco zdeformować obraz świata, stosunek do siebie czy wpłynąć na relację z ludźmi, zawieranie bliskich związków, itp.

Zatem jeśli ktoś mówi „mój dom był w zasadzie ok.” to no… uśmiecham się w duchu. Rozumiesz? A odnosząc się do tego co napisałaś o sobie: surowy tata i mama, która ma trudności z adaptacją do nowych warunków to czynniki, które mogą mieć znaczący wpływ na dziecko…

Chcę uniknąć analizowania Twojej psychiki i snucia wyobrażeń o tym, jak mogło to wpłynąć na Ciebie. W każdym razie te drobne niuanse Twojej rzeczywistości mogły „coś Ci zrobić”. Może nie tyle wywołać traumę, co spowodować, że Twoja dziecięca rzeczywistość mogła być trudna. Jednak to jakie to mogło mieć znaczenie (te fakty, ale też i inne, których być może w tym momencie nie dostrzegasz) mogłabyś ewentualnie zrozumieć poddając się własnej terapii.

Podsumowując: Jakkolwiek wolna od tzw. patologii była Twoja rodzina, zapewne nie była ona wolna od niekorzystnych przekazów i drobnych dysfunkcji. Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że to czego nauczyłaś się nieświadomie w domu o świecie, ludziach i sobie ma wpływ na Twoje funkcjonowanie i poza Twoją świadomością decyduje o Twoich wyborach, samopoczuciu, stosunku do siebie i do innych ludzi. Również na to w jaki sposób budujesz swój związek z mężem i jak wychowujesz dzieci.

Jak silny jest to wpływ i w jakim stopniu niekorzystny (a może korzystny?), to mogłaby pokazać ewentualna terapia.

Czy poznanie swojego dzieciństwa jest naprawdę takie ważne?

No cóż, według mnie jest bardzo ważne. Tyle tylko, że w terapii poznanie dzieciństwa nie jest celem. Ponadto poznanie siebie jest ważne, ale bynajmniej nie konieczne.

Pójście na terapię i nazwanie tego co działo się w dzieciństwie, zrozumienie mechanizmów swojego aktualnego działania, ale również opatrzenie/zaopiekowanie się zranieniami nie jest konieczne. Po tym świecie chodzi sporo szczęśliwych ludzi, którzy być może nie mieli idealnych rodziców, ale swoje dorosłe życie przeżywają w sposób dla nich satysfakcjonujący tzn. subiektywnie nic im nie dolega. I choć nie znają „emocjonalnego kodu genetycznego” swojej rodziny, choć do wczesnych przeżyć nie będą wracać, to jest im całkiem ze sobą dobrze. Czują się spełnieni lub chociażby wystarczająco spełnieni, bezpieczni, wartościowi, potrafią zbudować dobre bliskie związki lub w którejkolwiek z tych dyscyplin (i wielu, wielu innych) „utykają” w sposób, który dla nich nie stanowi problemu (są pogodzeni z tym jak funkcjonują lub nieświadomi tego, że mogliby funkcjonować lepiej).

W tej perspektywie można śmiało powiedzieć, że poddanie się terapii nie jest koniecznością.

W mojej opinii jednakże poznać siebie, zrozumieć siebie to rzecz ogromnie ważna. Dopóki człowiek nie zrozumie jakie mechanizmy nim kierują, jaki jest „emocjonalny spadek”, który dostał po swoich rodzicach, dopóty jego przeszłość będzie nim kierowała poza jego świadomością i miała bardzo silny wpływ na jego życie. Poznanie siebie (w odniesieniu do terapii) jest jednoznaczne z nauczeniem się świadomego kierowania swoim życiem, jednoznaczne z wzięciem odpowiedzialności za swoje świadome wybory.

Na przykład [to jest również przykład skonstruowany na potrzeby tej odpowiedzi; wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest przypadkowe]:

Ania wraca z pracy do domu, zmęczona, a mąż straszliwie ją denerwuje. W zasadzie „wszystkim”. Zwykle w takich sytuacjach wydziera się i poniża go a następnie obraża się i cały wieczór płacze ubolewając nad swoim losem…

Teraz jednak dzięki poznaniu swojej historii Ania wie, że to ogólne „wszystko” co denerwuje ją w mężu to rodzaj jego nieporadności, jaki widzi w jego postawie, gdy mówi mu, że jest zmęczona, że nie ogarnia pracy, domu, dzieci.

Ania dzisiaj już wie, że jej mama była kobietą nieporadną i zależną, nie umiejącą radykalnie raz w końcu odejść od jej pijącego ojca. Wie o sobie, że to spowodowało, iż nieporadność innych ludzi wyzwala w niej bardzo silną złość. Kiedyś złościła się na mamę (choć nie wprost i nie otwarcie), teraz złości się na każdego w kim widzi chociaż odrobinę nieporadności.

Ania dzięki temu, że rozumie skąd bierze się jej złość, może sobie z nią lepiej poradzić. W chwili, gdy przeżywa największy gniew wobec męża i ma ochotę wybuchnąć, stara się spokojnie usiąść i uświadomić sobie, że jej mąż to… nie jej mama. To na mamę jest wkurzona, nie na męża. Uświadamia sobie, że mąż patrzy na nią z miłością i troską i bardzo chce jej pomóc, ale nie wie jak może to zrobić. Zmęczona i „nie ogarniająca rzeczywistości” Ania ma ochotę wejść w rolę ofiary i w samotności kontemplować swoje cierpienie. Tak robiła w dzieciństwie, gdy chciała zwrócić na siebie uwagę rodziców – działało. Wie jednak, że wchodzenie w rolę ofiary nie jest konstruktywną formą komunikacji, nie buduje jej związku z mężem i nie pomaga rozwiązywać problemów.

Dlatego przełamuje pokusę zrobienia awantury, obrażenia się, poniżenia męża i mówi: „Jestem okropnie zmęczona, nie ogarniam domu, pracy, dzieci. Bardzo by mi pomogło, gdybyś dzisiaj to ty położył dzieci spać i sprzątną w kuchni. Ja jestem w stanie zająć się jedynie wywieszeniem prania.”

Dzięki otwartemu komunikowaniu swoich uczuć i potrzeb, dzięki świadomości siebie wieczór Ani ma dobry finał: otrzymuje wsparcie męża, ma czas na wypoczynek, jej relacja z mężem nie doznaje uszczerbku.

To jest przykład zdarzenia jakie mogłoby rozegrać się w codzienności. Domyślasz się jednak, że „rodzinny spadek” decyduje nie tylko o drobnych, prozaicznych sprawach, ale ma wpływ na dokonywane przez nas nieraz bardzo duże życiowe wybory.

Co jest celem terapii?

Celem terapii nie jest penetrowanie dzieciństwa jako takiego. Nie o to chodzi w terapii. Terapia jest skupiona na teraźniejszości, na tu i teraz, na rozwiązywaniu konkretnych aktualnych problemów. Jeśli zagląda się w historię danego człowieka, to tylko po to, żeby zrozumieć jego teraźniejszość , żeby uczynić ją bardziej zrozumiałą, mniej bolesną, itd.

Poza tym zdarza się czasem, że klient nie ma dostępu/nie jest w stanie przypomnieć sobie wydarzeń z dzieciństwa a mimo to terapia postępuje. Ów postęp jest możliwy właśnie dzięki koncentrowaniu się na tym co najbliższe, poprzez pracę nad bieżącymi sprawami, relacjami, emocjami, itd. To trochę tak, jak z rehabilitacją nogi po zdjęciu gipsu. Rehabilitant może zapytać o historię: w jakich okolicznościach doszło do złamania, jak noga była leczona, ile to wszystko trwało. Jednak rehabilitacyjne sedno to szereg zabiegów nad nogą „w dniu dzisiejszym”.

Dlatego decyzja o rozpoczęciu terapii to decyzja pracy nad aktualnym problemem, który chce się rozwiązać. Takim problemem może być, np.: trudność w stworzeniu związku („nie jestem w stanie z nikim się związać, jakoś nie poznaję żadnych mężczyzn, trafiam na samych wykorzystywaczy – chcę zrozumieć o co w tym chodzi”), chęć poprawienia stosunku do samego siebie („nie lubię siebie, zawsze czułem się gorzej od innych, nie chcę tak dalej żyć”), itp.

Nawet jeśli pacjent przychodzi i mówi: „Miałem straszne dzieciństwo – moja mama umarła, gdy byłem mały, ojciec w ogóle się mną nie interesował.” to terapeuta i tak będzie dążył do znalezienia aktualnego powodu przyjścia takiego klienta na terapię. I np. może się okazać, że ów klient właśnie wszedł w bardzo silny konflikt ze swoim szefem (podobnie działo się z poprzednimi przełożonymi) i w jakiś sposób trudnym dzieciństwem tłumaczy swoje aktualne problemy a w zbadaniu swojej historii widzi szansę na wypracowanie zmiany. Celem terapii będzie zatem nie penetrowanie tego trudnego dzieciństwa jako takiego, ale poznawanie go i rozumienie tego co się w nim działo, po to, żeby klient mógł odnieść konkretną korzyść w zakresie swojego funkcjonowania w obecnym życiu.

Do terapeuty można również przyjść z takim ogólnym: „coś jest ze mną nie tak” lub „jestem jakiś zagubiony” lub „,mam wrażenie, że żyję na pół gwizdka, że to życie jakoś płynie obok, nie wiem co się dzieje”. Terapeuta razem z klientem stara się doprecyzować czym jest to „coś” co przeszkadza, sprawia trudność, itp. Dopiero w dalszej kolejności może nastąpić praca dotycząca przeszłości (choć taka praca nie zawsze musi się pojawić).

Decyzja o terapii

Bycie w terapii bywa trudną, nieraz bolesną i żmudną wspinaczką. To wymagająca praca, którą – mimo wsparcia terapeuty – wykonuje się poniekąd samemu. Ale to, co można zyskać dzięki temu wysiłkowi jest w moim przekonaniu bezcenne.

Nie mam zwyczaju przekonywać innych osób do pójścia na psychoterapię. Każdy tę decyzję musi podjąć sam. Terapia opiera się na wewnętrznej motywacji. Zachęcanie kogoś do tego, żeby zaczął regularnie korzystać z usług psychoterapeuty byłoby podobne do nakłaniania go na wyprawę w dżunglę amazońską. Człowiek, który nie będzie przekonany do takiej eskapady zrezygnuje po pierwszym dniu, nie będzie czuł ducha wyprawy, podda się przy pierwszych trudnościach, zawróci. Dlatego nie namawiam na terapię, ale najserdeczniej do niej zachęcam i staram się jak najlepiej wyjaśnić na czym ona polega, żeby każdy kto pyta o ten rodzaj usług mógł świadomie zdecydować się (lub nie zdecydować) na korzystanie z nich.

Decyzja o rozpoczęciu terapii jest równie „godna szacunku” co decyzja o jej nie rozpoczynaniu. Najważniejsze jest, żeby były to świadome decyzje.

Chcę też zapewnić Cię M., że terapia to nie puszka Pandory. Pod wieczkiem nie czekają tylko zarazy, ból i nieszczęścia. Jedna z moich klientek powiedziała kiedyś, że dla niej terapia to doświadczanie miłości. I tak rzeczywiście jest. Terapia to mnóstwo wspaniałych, dobrych, dotykających najgłębszych miejsc przeżyć. To nierzadko balsam na serce. To oprócz łez, bardzo dużo radości. Naprawdę.

Tekst jest wyłączną własnością autora.
Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

Czy wychowanie bez bicia to wychowanie bezstresowe?

autor: Urszula Lipner

Inspiracją do napisania tego tekstu były warsztaty dla rodziców i wychowawców. Podczas spotkań, w trakcie różnego rodzaju prac i dyskusji słyszałam czasem następujące wypowiedzi: „Bo my tu takiego bezstresowego wychowania się uczymy.” lub „No dobrze, my tu uczymy się bezstresowego wychowania, a jeśli nam dzieci na głowę wejdą? Wiadomo, że jak się czasem klapsa nie da, albo nie postraszy pasem, to dzieciaki na głowę wchodzą.”

Początkowo byłam zaskoczona i rozbawiona faktem, że jestem posądzana o szerzenie idei bezstresowego wychowania, które zawsze otwarcie krytykowałam.

Gdy otrząsnęłam się z zadziwienia doszła do mnie świadomość, że wśród wielu rodziców funkcjonuje przekonanie o tym, że wychowanie bez bicia, realizowane poprzez stosowanie metod wykluczających przemoc jest wychowaniem bezstresowym.

I wtedy zapragnęłam (oj, jak bardzo zapragnęłam) wypowiedzieć walkę temu szkodliwemu poglądowi.

W skrócie:

Wychowanie bezstresowe to wychowanie bez zasad.

Wychowanie bez bicia to wychowanie bez przemocy. Wychowanie bez bicia nie oznacza wychowania bez autorytetu rodzicielskiego, bez wymagań, bez zdrowej dyscypliny.

O ile to pierwsze jest bardzo szkodliwe dla kształtującej się osobowości dziecka o tyle to drugie jest jedyną słuszną postawą wychowawczą.

Nieco szerzej:

Krótko o tym, czym jest wychowanie bezstresowe

To nieco smutne, ale podwaliny pod tzw. bezstresowe wychowanie dało wiele pięknych i słusznych idei dotyczących człowieka i dziecka, które zaczęły pojawiać się w myśli pedagogicznej już w XVIII wieku. Bezpośrednią teoretyczną inspiracją do stworzenia owego niefortunnego eksperymentu stało się kilka teorii XX wiecznych (w tym kilka skrajnych i kontrowersyjnych z założenia). Bezstresowe wychowanie w różnych krajach przyjmowało w zasadzie odmienne nazwy i miało kilku równoległych propagatorów.

W Polsce pojawiło się jako rodzaj mody wychowawczej w latach 90. Piszę o modzie, bo z pewnością nie było zwartym, jednolitym systemem, który wpisał się w naukę zwaną teorią wychowania i który byłby jako taki rozwijany czy promowany przez środowiska akademickie w naszym kraju.

Wychowanie bezstresowe to zatem potoczne określenie wielu różnych idei wychowawczych. Oznacza w zasadzie bardziej brak wychowania niż jakiekolwiek wychowanie. W praktyce polega (polegało?) na całkowitej rezygnacji ze stawiania dziecku ograniczeń, wymagań czy wyciągania konsekwencji z niewłaściwych zachowań.

Taki eksperyment wychowawczy jest (był) skazany na porażkę. Dziecko, któremu nie stawia się zdrowych granic w postaci adekwatnych do wieku wymagań i ograniczeń czuje się bardzo zagrożone. Świat takiego dziecka jest niezrozumiały, pozbawiony drogowskazów i ram, niebezpieczny. Paradoksalnie bezstresowe wychowanie kształtowało ludzi bardzo zestresowanych (więcej: pogrążonych w silnym lęku!).

Czym jest wychowanie bez bicia?

Wychowanie bez bicia (zarówno stosowania „lania” jako metody wychowawczej, jak również bez szturchania, ciągnięcia za ucho, klapsów, poniżania, wyśmiewania, przezywania, straszenia, itp.) to wychowanie bez przemocy.

Przemoc działa rujnująco na kształtującą się osobowość młodego człowieka. Jest zaprzeczeniem wychowania. Wychowywać znaczy wspierać, pomagać, rozwijać. Przemoc niszczy, dewaluuje, poniża, zrywa więzi, odbiera poczucie bezpieczeństwa, upokarza. Jest powodem głębokich ran psychicznych, dysfunkcji emocjonalnych i poznawczych (dzieci doświadczające przemocy nie tylko doznają emocjonalnych zranień, ale również rozwijają się gorzej intelektualnie). Doświadczenie przemocy w dzieciństwie potrafi destruktywnie rzutować na całe dorosłe życie człowieka.

Podsumowując:

Wychowanie bezstresowe to inaczej brak wychowania. Wychowanie bez zasad destruktywnie wypływa na osobowość dziecka.

Bicie również nie jest metodą wychowawczą. Jest jedną z form przemocy. Przemoc (w każdej postaci) jest bardzo szkodliwa dla kształtującej się psychiki i powoduje w niej trwałe zmiany.

Jak zatem wychowywać?

Dobre wychowanie to takie, w którym istnieją zdrowe granice: zestaw przejrzystych, jasnych, adekwatnych do wieku zasad i wymagań. Dobre wychowanie opiera się na autorytecie rodzica. Nie jest on jednak budowany poprzez jakikolwiek rodzaj przemocy. Dobre wychowanie zakłada budowanie autorytetu między innymi poprzez konsekwencję i stanowczość opiekuna, stosowanie konstruktywnych metod zachęcania dziecka do współpracy, a jednocześnie poprzez łagodność, delikatność, dialogiczność, zrozumienie jego emocji dziecka, wyrozumiałość dla jego ograniczeń. Fundamentem dobrego wychowania jest bezpieczna i pełna miłości więź między rodzicem a dzieckiem.

Tylko taki rodzaj wychowania pozwala na ukształtowanie zdrowego, pełnego i szczęśliwego człowieka.

Taki rodzaj wychowania jest możliwy i realizowany przez setki tysięcy rodziców w naszym kraju i na świecie.

 

Tekst jest wyłączną własnością autora.
Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.