Mój list do M. – odpowiedź na pytania o psychoterapię

autor: Urszula Lipner

Zamiast wstępu

Ten tekst zawiera fragment autentycznego zapytania mojej koleżanki dotyczącego psychoterapii oraz odpowiedź jakiej udzieliłam na jej list.

Wiele osób przeżywa rozterki podobne do tych, które opisała M. Dlatego za jej zgodą udostępniam naszą korespondencję z nadzieją na to, że być może okaże się pomocna także podczas podejmowania decyzji przez Ciebie.

Lektura dość długa, ale mimo to serdecznie zapraszam do tego, żebyś przeczytał i przemyślał.

Fragment listu M.

„Piszę do Ciebie jako do terapeutki.

Ostatnio czytam takie dwie książki i w obu nawołują, aby przypominać sobie własne doświadczenia z dzieciństwa, dobre doświadczenia, czy tez zranienia.

A ja nic nie pamiętam.

Myślałam, że to normalne, ale jednak sporo ludzi pamięta chociaż kilka sytuacji. Ja z okresu przedszkolnego nie pamiętam nic, a z okresu wczesnoszkolnego niewiele.

Mówi się, że dziecko potrafi w ramach obrony zablokować pewne traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, czy możliwe, abym i ja tak miała? Bo jakoś nie sądzę, abym miała traumatyczne dzieciństwo. Miałam oboje rodziców, nie pijących, raczej nie bijących (kilka razy oberwałam pasem, ale to na pewno nie było nagminne).

Tata był surowy chyba, a mama trochę chyba na początku nie mogła się odnaleźć po przeprowadzce z miasta na wieś, ale czy to mogło spowodować jakieś traumy?

Czy poznanie dzieciństwa, przeżyć, emocji jakie przeżywałam jako dziecko jest na prawdę takie ważne? Jeśli tak, to może podpowiesz w jaki sposób mogłabym sobie to przypomnieć? Czy polecisz jakąś książkę? A może terapię indywidualną, grupową? Tylko co, pójdę na taką terapię i powiem, że nie pamiętam dzieciństwa, a chciałabym pamiętać?”

M.

Odpowiedź

M.,

Najpierw o traumach i mechanizmie wyparcia, czyli inaczej „niepamiętania” tego co trudne. I o Twojej wątpliwości czy brak wspomnień z dzieciństwa może oznaczać, że doświadczyłaś traum.

Samo słowo trauma odnosi się do bardzo silnego, nagłego doświadczenia, które na ogół powoduje szok, silny uraz psychiczny, np. bycie świadkiem zabójstwa można nazwać traumą. Posiadanie przemocowego szefa już nie. Słowo trauma jest bardzo modne i w języku potocznym używane do wszystkich trudnych sytuacji. Odpowiadając na Twoje pytanie pozwolę sobie zrobić rozgraniczenie i traumą określać „psychologiczny szok”.

Mechanizm wyparcia, o którym piszesz, nie musi odnosić się tylko do traum. Bardzo często dzieje się tak, że „niepamięcią” obejmujemy te doświadczenia, które były dla nas raniące (nie koniecznie traumatyzujące). Ludzka psychika jest zdolna wymazywać pojedyncze zdarzenia lub całe okresy, w których doświadczaliśmy czegoś na tyle nieprzyjemnego emocjonalnie, że nasza „głowa” podświadomie wybiera niepamięć.

I teraz gdy w fotelu psychoterapeuty siada klient i twierdzi, że nic nie pamięta z okresu dzieciństwa to:

a) psychoterapeuta jest szczególnie czujny, bo to rzeczywiście daje bardzo silną hipotezę o tym, że w dzieciństwie tego klienta działo się coś, czego on woli nie pamiętać. Nie oznacza to bynajmniej, że klient doświadczał dramatycznych przeżyć. Terapeuta w takiej sytuacji przypuszcza, że człowiek, który przed nim siedzi wychowywał się najprawdopodobniej w warunkach, które mogły być dla niego trudne emocjonalnie.

Zapewniam Cię M., że w zdecydowanej większości przypadków ta hipoteza się potwierdza.

b) czasem „niepamięć” okresu dzieciństwa to tylko pozór. Niekiedy dzieje się tak, że gdy psychoterapeuta zachęca do zajrzenia w tamten świat, klient jest jednak w stanie sporo obrazów wydobyć ze swojej pamięci. Często pamięć do wydarzeń z dzieciństwa wraca wtedy „lawinowo”: jedno przypomniane zdarzenie sprawia, że w pamięci pojawia się kolejne, itd.

Teraz o przekonaniu „W mojej rodzinie w zasadzie wszystko było ok”

Hmmmm jak by to ująć.

Rodzin zdrowych jest naprawdę na świecie bardzo mało. Brak wyraźnych patologii takich jak alkoholizm, przemoc nie oznacza wcale zdrowia rodziny.

Dzieje się tak dlatego, że no… nie ma ludzi doskonałych. Każdy z małżonków wnosi do związku swoje zranienia, z którymi wyszedł z własnego domu. W rodzinie na ogół zupełnie nieświadomie są one przekazywane dzieciom i tak to idzie dalej.

Kiedy ktoś mówi „moja rodzina jest/była w zasadzie zdrowa” to… pozwalam sobie nie uwierzyć…

Oczywiście, nie oznacza to, że wszyscy ludzie doświadczali licznych traum w dzieciństwie. Tak nie jest. Jednak istnieje niezwykle mało osób (ja jeszcze takiego człowieka bynajmniej nie spotkałam), które nie niosą ze swojego dzieciństwa choćby drobnych zranień.

Klienci na początku terapii nierzadko mówią: mam problem z tym i z tym i z tym, tu i tu sobie nie radzę, ale zupełnie nie wiem skąd mi się to wzięło, miałem przecież dobry dom, kochających rodziców… Dopiero w miarę postępów w pracy klient jest w stanie dostrzec jak to naprawdę z tym domem było, ponazywać sobie to, czego doświadczył.

Nierzadko zdarza się, że nawet osoby, które wyrosły w niezwykle patologicznych rodzinach nie zdają sobie z tego sprawy i dopiero w trakcie terapii doznają swojego rodzaju olśnienia. Do momentu rozpoczęcia pracy nad sobą wydaje im się, że w ich domy były w porządku. Mam na myśli takie sytuacje, gdy w fotelu terapeuty siada klient i mówi, np.: „Moi rodzice byli ok, bardzo się kochali i kochali mnie. Tata trochę popijał, ale to w niczym nie przeszkadzało i niczego nie burzyło.” Dopiero w miarę postępu w terapii okazuje się, że to niegroźne picie taty było galopującym alkoholizmem, a piciu towarzyszyła silna przemoc… Naprawdę trudno jest adekwatnie i obiektywnie ocenić swój dom, jeśli nie ma się odpowiedniej perspektywy. (Mam w trakcie przygotowania artykuł na ten temat, prześlę Ci następnym razem.)

Nie oznacza to bynajmniej, że każda rodzina jest silnie traumatyzująca i pod każdym „mój dom był ok” kryje się straszna prawda.

„Zdrowie rodziny” to zjawisko, które można stopniować. Istnieją rodziny bardzo patologiczne (duża patologia ma miejsce również w domach wolnych od alkoholu i o dobrym statusie materialnym) i rodziny dysfunkcyjne i rodziny „w zasadzie ok”, w których jednak silne przekazy rodzinne dziedziczone z pokolenia na pokolenie mogą niekorzystnie wpływać na rozwój dzieci.

Na przykład (jak działa przekaz rodzinny):

Historia Babci-Mamy-Córki [to wymyślony przykład, wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób jest przypadkowe]

Babcia

Babcia przeżyła wojnę i widziała nie jedną jej okropność. Jako mała dziewczynka straciła siostrę, która zmarła na skutek wycieńczenia spowodowanego głodem i zapaleniem płuc. Śmierć siostry – bardzo bliskiej osoby – była ogromną, nieprzepracowaną traumą. W domu nie można było o tym rozmawiać. Babcia wiedziała tylko, że to zarazki spowodowały chorobę i że brak jedzenia nie pomógł siostrze wrócić do zdrowia.

Gdy wyszła za mąż urodziła tylko jedno dziecko – dziewczynkę. Bardzo się o nią bała. Ograniczała jej kontakty z rówieśnikami, żeby uchronić córkę przed ewentualnymi infekcjami. Gdy pojawiały się w miejscach publicznych (sklep, kościół) była bardzo napięta (przeżywała lęk), nie pozwalała córce podchodzić do innych ludzi (ludzie przenoszą zarazki a zarazki zabijają…)

Babcia doznawała też ogromnego niepokoju, gdy jej dziecko mało jadło (wszak to niedożywienie stało się jedną z przyczyn śmierci jej siostry). Wmuszała w córkę jedzenie a żeby zmotywować ją do zjadania posiłków kazała jej godzinami przesiadywać przy stole i obrażała się (była emocjonalnie niedostępna), gdy dziecko odmawiało współpracy. Była w tym bardzo surowa.

Poza tym Babcia skupiona na rozpamiętywaniu traumy wojennej, pochłonięta swoimi lękami nie potrafiła stworzyć ze swoją córką emocjonalnej bliskości, więzi. Dziewczynka była wychowywana przez matkę, ale emocjonalnie żyła jakby obok niej.

Nieświadomie Babcia w pewien sposób przeniosła swoje trudności na swoją córkę – czyli Mamę.

Mama

Mama wyrosła w przekonaniu, że wychodzenie do innych ludzi, bycie wśród nich jest czymś niedobrym (wszak Babcia, czyli jej matka była bardzo napięta, gdy córka próbowała zbliżyć się do innych a nawet otwarcie karciła ją za to). Mama jako mała dziewczynka znalazła sobie na tę sytuację następujące wyjaśnienie (mały człowiek całkowicie zależny od matki i tak bardzo potrzebujący jej akceptacji szybciej oskarży siebie lub świat niż zinterpretuje rzeczywistość na niekorzyść swojej matki): skoro moja mama nie pozwala mi kontaktować się z innymi ludźmi a przecież mama wszystko wie najlepiej i troszczy się o mnie, to znaczy że ci ludzie są niebezpieczni, zagrażający, nie czeka mnie od nich nic dobrego… (oczywiście mała dziewczynka nie myślała dokładnie takimi słowami, ale w ten sposób, pozasłownie tłumaczyła sobie rzedczywistość).

Brak kontaktu z rówieśnikami nauczył ją samotnictwa. Mama większość dzieciństwa była sama, wobec czego, gdy dorosła, preferowała samotne spędzanie czasu. Źle czuła się wśród większej grupy ludzi. A ponieważ Babcia nie stworzyła z nią bliskiej więzi, Mama również tego nie potrafiła wobec innych ludzi. Miała kilka „przelotnych” koleżanek, ale nigdy bliskiej przyjaciółki.

Mama podobnie jak Babcia o wiele rzeczy się martwiła, często przeżywała silne lęki (lękowa mama bardzo często wychowuje lękową córkę).

Wyszła za mąż bardzo późno – ograniczone kontakty towarzyskie utrudniały jej poznanie męża. Urodziła Córkę. Nieświadomie przekazała jej swoje zranienia i niekonstruktywne przekonania o świecie.

Oprócz „rodzinnego spadku” Mama, która doświadczyła dużej oschłości i surowości od Babci (emocjonalnej niedostępności), chciała dać Córce to, czego sama nie dostała jako mała dziewczynka. Starała się być ciepła i kochająca dla swojego dziecka. Ale ponieważ nie doświadczyła tego, czym jest więź, nie potrafiła jej tworzyć z Córką. Jej starania o bycie „ciepłą mamą” polegały w praktyce na ustępowaniu, nadskakiwaniu, rezygnowaniu z siebie na rzecz potrzeb, ale również nierzadko zwykłych zachcianek Córki. Nie nauczyła jej przez to szacunku do siebie (Mamy) i dała pole do rozwoju dużej roszczeniowości Córki wobec innych ludzi.

Mimo, że pragnęła stworzyć ciepłą relację ze swoim dzieckiem, Mama nie potrafiła wyzbyć się surowości, której doświadczyła w relacji ze swoją matką (Babcią). Surowość Mamy przejawiała się w wyśrubowanych wymaganiach wobec Córki, którym ta rzadko była w stanie sprostać.

Córka

Wymagania stawiane przez Mamę, którym nie była w stanie sprostać spowodowały, że jest bardzo niepewna swojej wartości. Potrzebuje stale udowadniać sobie swoją wartość poprzez perfekcyjne wykonywanie różnych czynności (naukę, pracę, zajęcia w gospodarstwie domowym), co jest bardzo wyczerpujące i nigdy nie daje poszukiwanego spełnienia ,tzn. perfekcyjne wykonanie zadania nie daje jej to spokoju i pewności, że jest wartościową osobą.

Nieufność jaką nosi w sobie wobec innych ludzi (od Mamy nauczyła się, że szybciej należy spodziewać się wykorzystania i oszukania przez ludzi, niż wsparcia i pomocy) połączona z roszczeniowością (Mama chcąc być ciepłą matką, ale realizując ten cel wychowawczy w nieadekwatny sposób, nauczyła Córkę, że jej potrzeby są najważniejsze i że to inni powinni jej ustępować ) powoduje, że bardzo trudno jest jej odnaleźć się w środowisku pracy. W zasadzie nie ma też życia towarzyskiego. Żyje sama i jednocześnie cierpi z powodu samotności.

Córka nie może pojąć dlaczego świat jest taki nieprzyjazny (nie wolno ufać, ludzie są zagrażający, chcą wykorzystać). Czuje się bardzo niezrozumiana (to inni są nie w porządku, ona jest ok.). Zrobiła świetną karierę zawodową (wszak jest perfekcjonistką), wygląda na kobietę sukcesu, ale nie jest szczęśliwa… Chciałaby coś zmienić, ale sama nie wie, co jest nie tak. Winę widzi bardziej w świecie niż w sobie.

Mam nadzieję, że udało mi się ogólnie zobrazować jak wygląda mechanizm przekazu rodzinnego. Nie wiem, czy ten przykład jest wystarczająco czytelny…

Chodziło mi o to, że negatywne doświadczenia i zranienia osób z wcześniejszych pokoleń mają wpływ na kolejne generacje. Przekazywanie tego spadku jest zjawiskiem skąplikowanym, tzn. nie oznacza, że jeśli babcia biła czy zaniedbywała, to identycznie będzie zachowywała się mama. Chodzi o to, że dysfunkcje rodzinne przechodzą na następne pokolenia w postaci różnych wariacji.

Córka z mojego przykładu zapewne mogłaby powiedzieć, że miała normalny dom i kochającą mamę (rodziców). Jednak przekonania o świecie jakie przekazała jej Mama połączone ze specyficznym sposobem wychowania (też będącym wynikiem wpływu poprzedniego pokolenia) spowodowały, że Córka ma teraz różnego rodzaju trudności w funkcjonowaniu. Obiektywnie bardzo dobrze radzi sobie w życiu – ma pracę, odnosi sukcesy, ale wewnętrznie czuje się bardzo zagubiona, nie jest szczęśliwa.

Każda rodzina ma sobie właściwe przekazy. Każda. Nie wiem czy to wynika z tych opisanych przeze mnie przykładów: te przekazy działają nieświadomie i nieświadomie przekazuje się je dalej. Niektóre bywają nieszkodliwe a inne mogą znacząco zdeformować obraz świata, stosunek do siebie czy wpłynąć na relację z ludźmi, zawieranie bliskich związków, itp.

Zatem jeśli ktoś mówi „mój dom był w zasadzie ok.” to no… uśmiecham się w duchu. Rozumiesz? A odnosząc się do tego co napisałaś o sobie: surowy tata i mama, która ma trudności z adaptacją do nowych warunków to czynniki, które mogą mieć znaczący wpływ na dziecko…

Chcę uniknąć analizowania Twojej psychiki i snucia wyobrażeń o tym, jak mogło to wpłynąć na Ciebie. W każdym razie te drobne niuanse Twojej rzeczywistości mogły „coś Ci zrobić”. Może nie tyle wywołać traumę, co spowodować, że Twoja dziecięca rzeczywistość mogła być trudna. Jednak to jakie to mogło mieć znaczenie (te fakty, ale też i inne, których być może w tym momencie nie dostrzegasz) mogłabyś ewentualnie zrozumieć poddając się własnej terapii.

Podsumowując: Jakkolwiek wolna od tzw. patologii była Twoja rodzina, zapewne nie była ona wolna od niekorzystnych przekazów i drobnych dysfunkcji. Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że to czego nauczyłaś się nieświadomie w domu o świecie, ludziach i sobie ma wpływ na Twoje funkcjonowanie i poza Twoją świadomością decyduje o Twoich wyborach, samopoczuciu, stosunku do siebie i do innych ludzi. Również na to w jaki sposób budujesz swój związek z mężem i jak wychowujesz dzieci.

Jak silny jest to wpływ i w jakim stopniu niekorzystny (a może korzystny?), to mogłaby pokazać ewentualna terapia.

Czy poznanie swojego dzieciństwa jest naprawdę takie ważne?

No cóż, według mnie jest bardzo ważne. Tyle tylko, że w terapii poznanie dzieciństwa nie jest celem. Ponadto poznanie siebie jest ważne, ale bynajmniej nie konieczne.

Pójście na terapię i nazwanie tego co działo się w dzieciństwie, zrozumienie mechanizmów swojego aktualnego działania, ale również opatrzenie/zaopiekowanie się zranieniami nie jest konieczne. Po tym świecie chodzi sporo szczęśliwych ludzi, którzy być może nie mieli idealnych rodziców, ale swoje dorosłe życie przeżywają w sposób dla nich satysfakcjonujący tzn. subiektywnie nic im nie dolega. I choć nie znają „emocjonalnego kodu genetycznego” swojej rodziny, choć do wczesnych przeżyć nie będą wracać, to jest im całkiem ze sobą dobrze. Czują się spełnieni lub chociażby wystarczająco spełnieni, bezpieczni, wartościowi, potrafią zbudować dobre bliskie związki lub w którejkolwiek z tych dyscyplin (i wielu, wielu innych) „utykają” w sposób, który dla nich nie stanowi problemu (są pogodzeni z tym jak funkcjonują lub nieświadomi tego, że mogliby funkcjonować lepiej).

W tej perspektywie można śmiało powiedzieć, że poddanie się terapii nie jest koniecznością.

W mojej opinii jednakże poznać siebie, zrozumieć siebie to rzecz ogromnie ważna. Dopóki człowiek nie zrozumie jakie mechanizmy nim kierują, jaki jest „emocjonalny spadek”, który dostał po swoich rodzicach, dopóty jego przeszłość będzie nim kierowała poza jego świadomością i miała bardzo silny wpływ na jego życie. Poznanie siebie (w odniesieniu do terapii) jest jednoznaczne z nauczeniem się świadomego kierowania swoim życiem, jednoznaczne z wzięciem odpowiedzialności za swoje świadome wybory.

Na przykład [to jest również przykład skonstruowany na potrzeby tej odpowiedzi; wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest przypadkowe]:

Ania wraca z pracy do domu, zmęczona, a mąż straszliwie ją denerwuje. W zasadzie „wszystkim”. Zwykle w takich sytuacjach wydziera się i poniża go a następnie obraża się i cały wieczór płacze ubolewając nad swoim losem…

Teraz jednak dzięki poznaniu swojej historii Ania wie, że to ogólne „wszystko” co denerwuje ją w mężu to rodzaj jego nieporadności, jaki widzi w jego postawie, gdy mówi mu, że jest zmęczona, że nie ogarnia pracy, domu, dzieci.

Ania dzisiaj już wie, że jej mama była kobietą nieporadną i zależną, nie umiejącą radykalnie raz w końcu odejść od jej pijącego ojca. Wie o sobie, że to spowodowało, iż nieporadność innych ludzi wyzwala w niej bardzo silną złość. Kiedyś złościła się na mamę (choć nie wprost i nie otwarcie), teraz złości się na każdego w kim widzi chociaż odrobinę nieporadności.

Ania dzięki temu, że rozumie skąd bierze się jej złość, może sobie z nią lepiej poradzić. W chwili, gdy przeżywa największy gniew wobec męża i ma ochotę wybuchnąć, stara się spokojnie usiąść i uświadomić sobie, że jej mąż to… nie jej mama. To na mamę jest wkurzona, nie na męża. Uświadamia sobie, że mąż patrzy na nią z miłością i troską i bardzo chce jej pomóc, ale nie wie jak może to zrobić. Zmęczona i „nie ogarniająca rzeczywistości” Ania ma ochotę wejść w rolę ofiary i w samotności kontemplować swoje cierpienie. Tak robiła w dzieciństwie, gdy chciała zwrócić na siebie uwagę rodziców – działało. Wie jednak, że wchodzenie w rolę ofiary nie jest konstruktywną formą komunikacji, nie buduje jej związku z mężem i nie pomaga rozwiązywać problemów.

Dlatego przełamuje pokusę zrobienia awantury, obrażenia się, poniżenia męża i mówi: „Jestem okropnie zmęczona, nie ogarniam domu, pracy, dzieci. Bardzo by mi pomogło, gdybyś dzisiaj to ty położył dzieci spać i sprzątną w kuchni. Ja jestem w stanie zająć się jedynie wywieszeniem prania.”

Dzięki otwartemu komunikowaniu swoich uczuć i potrzeb, dzięki świadomości siebie wieczór Ani ma dobry finał: otrzymuje wsparcie męża, ma czas na wypoczynek, jej relacja z mężem nie doznaje uszczerbku.

To jest przykład zdarzenia jakie mogłoby rozegrać się w codzienności. Domyślasz się jednak, że „rodzinny spadek” decyduje nie tylko o drobnych, prozaicznych sprawach, ale ma wpływ na dokonywane przez nas nieraz bardzo duże życiowe wybory.

Co jest celem terapii?

Celem terapii nie jest penetrowanie dzieciństwa jako takiego. Nie o to chodzi w terapii. Terapia jest skupiona na teraźniejszości, na tu i teraz, na rozwiązywaniu konkretnych aktualnych problemów. Jeśli zagląda się w historię danego człowieka, to tylko po to, żeby zrozumieć jego teraźniejszość , żeby uczynić ją bardziej zrozumiałą, mniej bolesną, itd.

Poza tym zdarza się czasem, że klient nie ma dostępu/nie jest w stanie przypomnieć sobie wydarzeń z dzieciństwa a mimo to terapia postępuje. Ów postęp jest możliwy właśnie dzięki koncentrowaniu się na tym co najbliższe, poprzez pracę nad bieżącymi sprawami, relacjami, emocjami, itd. To trochę tak, jak z rehabilitacją nogi po zdjęciu gipsu. Rehabilitant może zapytać o historię: w jakich okolicznościach doszło do złamania, jak noga była leczona, ile to wszystko trwało. Jednak rehabilitacyjne sedno to szereg zabiegów nad nogą „w dniu dzisiejszym”.

Dlatego decyzja o rozpoczęciu terapii to decyzja pracy nad aktualnym problemem, który chce się rozwiązać. Takim problemem może być, np.: trudność w stworzeniu związku („nie jestem w stanie z nikim się związać, jakoś nie poznaję żadnych mężczyzn, trafiam na samych wykorzystywaczy – chcę zrozumieć o co w tym chodzi”), chęć poprawienia stosunku do samego siebie („nie lubię siebie, zawsze czułem się gorzej od innych, nie chcę tak dalej żyć”), itp.

Nawet jeśli pacjent przychodzi i mówi: „Miałem straszne dzieciństwo – moja mama umarła, gdy byłem mały, ojciec w ogóle się mną nie interesował.” to terapeuta i tak będzie dążył do znalezienia aktualnego powodu przyjścia takiego klienta na terapię. I np. może się okazać, że ów klient właśnie wszedł w bardzo silny konflikt ze swoim szefem (podobnie działo się z poprzednimi przełożonymi) i w jakiś sposób trudnym dzieciństwem tłumaczy swoje aktualne problemy a w zbadaniu swojej historii widzi szansę na wypracowanie zmiany. Celem terapii będzie zatem nie penetrowanie tego trudnego dzieciństwa jako takiego, ale poznawanie go i rozumienie tego co się w nim działo, po to, żeby klient mógł odnieść konkretną korzyść w zakresie swojego funkcjonowania w obecnym życiu.

Do terapeuty można również przyjść z takim ogólnym: „coś jest ze mną nie tak” lub „jestem jakiś zagubiony” lub „,mam wrażenie, że żyję na pół gwizdka, że to życie jakoś płynie obok, nie wiem co się dzieje”. Terapeuta razem z klientem stara się doprecyzować czym jest to „coś” co przeszkadza, sprawia trudność, itp. Dopiero w dalszej kolejności może nastąpić praca dotycząca przeszłości (choć taka praca nie zawsze musi się pojawić).

Decyzja o terapii

Bycie w terapii bywa trudną, nieraz bolesną i żmudną wspinaczką. To wymagająca praca, którą – mimo wsparcia terapeuty – wykonuje się poniekąd samemu. Ale to, co można zyskać dzięki temu wysiłkowi jest w moim przekonaniu bezcenne.

Nie mam zwyczaju przekonywać innych osób do pójścia na psychoterapię. Każdy tę decyzję musi podjąć sam. Terapia opiera się na wewnętrznej motywacji. Zachęcanie kogoś do tego, żeby zaczął regularnie korzystać z usług psychoterapeuty byłoby podobne do nakłaniania go na wyprawę w dżunglę amazońską. Człowiek, który nie będzie przekonany do takiej eskapady zrezygnuje po pierwszym dniu, nie będzie czuł ducha wyprawy, podda się przy pierwszych trudnościach, zawróci. Dlatego nie namawiam na terapię, ale najserdeczniej do niej zachęcam i staram się jak najlepiej wyjaśnić na czym ona polega, żeby każdy kto pyta o ten rodzaj usług mógł świadomie zdecydować się (lub nie zdecydować) na korzystanie z nich.

Decyzja o rozpoczęciu terapii jest równie „godna szacunku” co decyzja o jej nie rozpoczynaniu. Najważniejsze jest, żeby były to świadome decyzje.

Chcę też zapewnić Cię M., że terapia to nie puszka Pandory. Pod wieczkiem nie czekają tylko zarazy, ból i nieszczęścia. Jedna z moich klientek powiedziała kiedyś, że dla niej terapia to doświadczanie miłości. I tak rzeczywiście jest. Terapia to mnóstwo wspaniałych, dobrych, dotykających najgłębszych miejsc przeżyć. To nierzadko balsam na serce. To oprócz łez, bardzo dużo radości. Naprawdę.

Tekst jest wyłączną własnością autora.
Jakiekolwiek wykorzystanie całości bądź fragmentu tekstu możliwe tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autora artykułu.

Komentowanie jest wyłączone.